Selectio 2008 – Karadi Berger

Written on 10 października 2017, 10:57am under winology

Tagged with: , , , ,

Jak dobrze wiecie lubię Tokaje , są blisko , są tanie (i dobre) , więc tak naprawdę nie można ich nie docenić. Ostatnio piłem słodkie Selectio 2008 z winnicy Karadi Berger położonej w Erdobenye i wino naprawdę warte jest uwagi.

Karadi Berger to  dość znana winnica w Tokaju  wśród koneser win słodkich.   Zdobywa naprawdę ostatnio wiele nagród i w sumie się nie dziwie bo robią naprawdę świetne  wina. Selectio 2008 też się do nich zalicza . Wino po otwarciu niesamowicie pachnie miodem, konfiturą brzoskwiniową i akacją. Ma bardzo ładny zółto-bursztynowy kolor, który pięknie błyszczy w kieliszku i tym samym dobrzy swiadczy o winie. Selectio jest  dość gęste, mimo niewielkiej dawki alkoholu ( jedynie 11 procent). Myślę że to wszystko za sprawą dość dużego cukru resztkowego, która według producenta mieści się w granicach Aszu 5 Puttonowych. Wino na pewno ma ładną słodycz i dość dobrą równowagę. Oczywiście nie zaszkodziło by jakby kwasowość byłaby trochę wyzsza  lecz i tak mówimy o zwykłym Late Harvest a nie Tokaju Aszu. (Myślę że na pewno przez te lata kwas się już trochę przegryzł , bo jak nie popatrzeć mineło ich już prawie  dziesięc )

Jak lubicie słodkie Tokaje z póżnych zbiorów to na pewno polecam tą pozycje . Cenowo wychodzi naprawdę nieżle a rzadko kiedy ( Late Harvest)takie wina są tak złożone .

ps. Dla zaciekawionych ostatnio serwujemy Selectio na kieliszki w naszej restauracji i dodatkowo zdażyliśmy go też  dodać do naszego flagowego deseru w Lechalet – czyli Zabajone. Zachęcam do spróbowania, ponoć deser jest naprawdę świetny. Pozdr

Lato 2017 -podsumowanie

Written on 5 października 2017, 12:24am under z życia Lechalet

Tagged with:

 

No tak , sezon się skończył i czas to podsumować. Sezon był na pewno dobry, było dużo turystów i szczerze moim zdaniem wbrew temu co większość twierdzi, pogoda się udała. Nie było co prawda pogodnie i ciepło przez cały lipiec i sierpień ,lecz na pewno nie padało cały czas. Mieszkając w górach już się nauczyłem że na pogodę nie ma co narzekać a druga sprawa w deszczowe dni tez można sobie znaleść ciekawe zajęcia.

Tego lata niewątpliwie wiele radości czerpałem z ogródka które udało mi się zorganizować. Oczywiśćie zawsze mieliśmy mały zielnik pod oknem z którego zawsze codziennie się zbierało różne zioła lecz w ogródku tego roku dodatkowo udało mi się wyhodować bardzo wiele odmian smacznej zieleniny  . Dzika rucola , cykoria z trydentu czy bietole prawie codziennie były podawane do naszych stołów i na pewno każdy docenił ich niesamowity smak.

Ciesze się również z drugiego projektu jaki postawiliśmy sobie tego lata, czyli z przetworów. Chociaż ten rok nie był najlepszym pod względem owoców ( były duże przymrozki na wiosnę ) to jednak wiele udało się zdziałać w tym kierunku . Udało się zrobić wiele syropów, owoców w zalewie i konfitur. Te najlepsze oczywiście udostępniliśmy również na sprzedaż i jak się w trakcie okazało stały  się hitem, bo mało gdzie zresztą dzisiaj  można dostać domowe konfitury.

Jak niektórzy zauważyli tego lata też wprowadziliśmy własne sorbety. Wykorzystywaliśmy to co w sezonie i musze przyznać że niektóre smaki były naprawdę bardzo smaczne. Lody to tak naprawdę temat rzeka i chociaż teraz trochę go odstawiłem obiecuje do niego wrócić na wiosnę aby w lecie być jeszcze lepiej przygotowanym.

Suma sumarum uważam ten sezon za udany. Oczywiście można  było  wdrożyć jeszcze kilka nowych pomysłów lecz czas niestety na to nie pozwolił a czasami z czymś lepiej poczekać niż zrobić to byle jak.

Co do przyszłości nie ukrywam że szykujemy na pewno  wielkie zmiany. Niektórym się to pewnie nie spodoba inni będą znów zachwyceni. Niezależnie jak wygląda dziś rynek chcemy siebie ciągle doskonalić a do tego potrzebny jest czas którego obecnie mamy zbyt mało. Wiemy że popełniamy wiele błędów ale są one dla nas nauczką i wyciągamy z nich dużo wniosków. Będziemy na pewno ciągle informować o postępach naszej  pracy, więc jak to się mówi w młodzieżowym slangu bądzcie na łączach :-).

Na koniec dziękuje jak zwykle wszystkim którzy nas odwiedzili tego lata ,miło było dla was znów  gotować. Na jesień jeszcze działamy weekendami więc jak coś zapraszam . Pogoda co prawdą nie jest obiecująca i nawet   górale ostatnio twierdzą  że jesieni nie będzie  tylko odrazu zima przylezie , ja tam w to nie  wierze,  jeszcze będzie ciepło ….zobaczycie… pozdr Paolo

Chef-Trick: Hartowanie lodem

Written on 30 sierpnia 2017, 01:33pm under podstawy i przepisy

Tagged with: , ,

Lód to nic innego jak zamarznięta woda. Często używamy lodu jako elementu do schłodzenia napoju lecz rzadko zdarza  się nam go używać w   kuchni. Ostatnio z uwagi na kluczową rolę jaką odgrywa lód w mojej kuchni musiałem zakupić większą kostkarkę , wiązało się to ze sporym kosztem, ale bez lodu ( jak z biegiem lat pracy doświadczyłem )nie da się profesjonalnie podejść do tematu gotowania.

Wiele osób dziwi się że nasze warzywa czy owoce gotowane mają wyjątkowo intensywny smak i kolor. Oczywiste jest, że zawsze w mojej kuchni bazuje na świeżych i możliwie naturalnych uprawianych warzywach czy owocach , ale sekretem ich smaku po krótkiej obróbce termicznej niewątpliwie jest lód.

Zawsze kiedy gotuje jakieś warzywko w wodzie, po osiągnięciu danego stopnia miękkości hartuje go lodem . Ten zabieg momentalnie hamuje mi dalszy proces gotowania i co za tym idzie w miarę blokuje mi dalsze straty koloru czy smaku. Taki drastyczny spadek temperatury szczególnie ma duże znaczenie przy zielonych warzywach gdzie ich pigment często gęsto po ugotowaniu traci znacznie na intensywnośći ( zieleń zamienia się w oliwkową szarość a czasami nawet żółknie ) i powoduje że dane warzywo jest mniej atrakcyjne .

Wiem oczywiście że nie każdy ma kostkarkę w domu lecz z drugiej strony lód w domu zrobić to też nie jest  problem . Ja często po sezonie kiedy mam lokal zamknięty i tym samym kostkarka jest wyłączona korzystam z tak zwanych woreczków na lód które świetnie spełniają swoją rolę.

Podsumowując całość gorąco zachęcam do korzystania z lodu w swojej kuchni , uważam  że szpinak czy botwinka hartowana po lekkim sparzeniu w osolonej wodzie naprawdę zyskuje bardzo wiele. Pozdr Chef

 

Rzadko kiedy sięgamy po wina z terenów jak Mołdawia czy Rumunia. Bierze się to z przekonania że to są tanie wina nic nie warte i to jest błędem.

Dobrym przykładem jakości jest  winnica Nachbil która oferuje świetne wina w naprawdę niesamowicie niskich cenach. Ja akurat zakupiłem jedno czerwone ( Blaufrankisz ) i jedno białe ( Versil ) ale do dziś żałuje że nie odważylem się zanieść do domu całej oferty jaką importuje w Krakowie Paweł Wożniak z Krako Slow Wine.

Blaufrankisz okazał się wspaniały . Dużo owocu czerwonego jak wiśnia i malina , piękny kolor i duża koncentracja. Wino bardzo przyjemne , elegenckie, zwiewne i mega pijalne. Dużo korzennych aromatów i ładne delikatne taniny naprawdę stawiają to wino wsród moich ulubionych. Drugie które kupiłem u Pawła to Versil czyli bardzo stare grono rodem z Transylvanii. Wino tutaj też okazało sie bardzo ładną swieżoscia , duży wybuch cytrusów , lekka struktura i mega pijalność. Czerwone niewątpliwie bardziej przypadnie do gustu bo bardziej ułożone, białe bardziej dzikie coś w stylu Sauvignon Blanc bym powiedział.

Jak się okazało w Rumunii też potrafią robić wina i to całkiem niezłe. Ceny na pewno zachęcają( poniżej 3 dych ), bo takiej jakości wina w tych cenach to we Włoszech i Francji raczej trudno znalesć . Warto na pewno  się skusić na wina od Nachbil, ja niebaw  wrócę po kilka butli jak znów będę w Krakowie.

Powoli zbliża się sierpień a z nim ciepło i chęć na wypicie czegoś świeżego . Dużo jest takich win na letnie popołudnia lecz z bardziej znanych niewątpliwie Valpolicella robi za królową . Dzisiaj jednak nie będziemy pisać o Valpolicelli bazowej ( codziennej )lecz o Valpolicelli z wyzszych lotów a konkretnie o Valpolicella  Ripasso.

Valpolicella Ripasso to taka Valpolicella która miała dodatkową fermentacje na suszonych gronach z Amarone. To daje jej niewątpliwie więcej struktury a ludzie często gęsto własnie tego szukają. Piłem trochę tych Ripasso ostatnimi czasy i problem ogólnie z nimi jest taki że zaczynają bardziej przypominać Amarone niż Valpolicelle. Uważam  to za małe nieporozumienie bo to  Amarone ma być potężny w strukturze i na długie lata a nie Valpolicella.  Valpolicella Ripasso dla mnie ma być wielką Valpolicellą a nie małym Amarone że tak powiem.W tej od Guerrieri Rizzardi Ripasso wygląda na szczęście wszystko tak jak powinno być . Dużo owocu, ładna świeżość i lekka słodycz nie przytłaczająca. Takie Ripasso lubię i dlatego stawiam to wino na tym blogu wśród moich ulubionych.

To wino znajdziecie bez problemu w ofercie Winkolekcji, cena jest uczciwa a wino także. Polecam i do następnego

Blauburger -Wittmann

Written on 3 lipca 2017, 02:17pm under winology

Tagged with: , ,

Lubie Austrie i nie oszukujmy się że mają jedną z lepszych stref klimatycznych do uprawy winorosli. Powoli ich wina zyskują coraz wiekszą renomę i myśle że gdyby nie skandal winiarski z 85 roku ( dodawali glikol do wina) dzisiaj Austria byłaby na pewno w czołówce najlepszych. W swojej restauracji wprowadziłem kilka zacnych win jak np Pichler czy Huber lecz nie cieszą się taką popularnoscią jak o wiele słabszej jakosci wina chociażby francuskie. Potrzeba czasu jak ze wszystkim ale austryjackie wina z dnia na dzień coraz bardziej mnie zaskakują.

Jakiś czas temu dostałem od znajomego goscia Blaubergera. Nie znam i tak naprawdę nigdy nie piłem win z tego szczepu, więc sami rozumiecie moją ogromną ciekawość otwarcia tej butelki. Wino po rozlaniu do kieliszka prezentowało bardzo ładny fioletowo – purpurowy kolor z niesamowicie krystalicznym błyskiem. W nosie wyczuwałem bardzo ciekawy bukiet  czerwonych kwiatów , ale nie tylko bo trochę wanilii też się dało wyczuć. Smak tego wina też był niezwykle interesujący z dużym akcentem na borówki z lekką słodką końcówką. Rzadko zdaża mi się wypić wino o takim aromacie, więc dlatego tego Blauburgera polubiłem. Oczywiśćie widać że jest to młode wino , z krótką datą spożycia, więc im wcześniej go wypijemy tym lepiej dla nas i dla niego. Austria ciągle mnie zaskakuje i przykładem jest chociaz to bardzo proste wino. Polecam każdemu ten region a Blauburgera w szczególności. Pozdr Chef

Bressan Mastri Vinai

Written on 14 czerwca 2017, 11:49pm under winology

Tagged with: , , , , ,

Tego roku swój urlop zaplanowałem w Friuli. Mało kto docenia ten region Włoch a uwierzcie mi że jest tutaj mnóstwo dużo dobrego do zobaczenia. Niewątpliwie jak mowa o wszystkim to również sprawa tyczy się wina . Jest to region niezwykle interesujący bo oprócz endemicznych win jak Schiopettino , Pignol czy Verduzzo bardzo dobrze przyjeły się tutaj również francuskie szczepy jak Merlot, Cabernet S . i Chardonnay. Z uwagi że od kilku lat u siebie w restauracji mamy w karcie Schiopettino od Bressana będąc w tym regionie skorzystałem z możliwości  przyjrzenia się bliżej temu niezwykłemu winiarzowi.

Bressan to dość znana postać wsród świata wina z uwagi na jego unikalny styl . Tak naprawdę mało win typu Schiopettino w swoim życiu miałem okazje wypić ,ale te co mi się przytrafiły ,nie charakteryzowały się taką doskonałością jak u Bressana. Schiopettino od Bressana jest niezwykle ziołowe, żywe i skoncentrowane.Za młodu jest naprawdę świetne lecz jak wiekszość win z jego ręki, swój potencjał pokazują dopiero po wielu latach .

Na pewno niezłym przykładem było to że w piwnicy udało nam się spróbować Pignola z 97 roku( jeszcze z beczki ;-)) , które  jak się póżniej okazało nadal buchało mocnymi garbnikami tak jak by się go wrzuciło do beczki dopiero co kilka godzin temu. Ja wiem że rocznik 97 był wyśmienity i że Pignol to taki zresztą dzikus ( nie bez przyczyny zwanym Barolem z Friuli ) ale zdajecie sobie sprawę ze to wino po prawie 20 latach nadal nie jest gotów do zabutelkowania ???!!! Jak go zabutelkują to tak mi się wydaje że chyba będzie nieśmiertelnym  Pignolem ;-). Zresztą Verduzzo 2014 ( białe ) -również z beczki, tak kłuło podniebienie  że prędko pewnie też go nie zabutelkują. Już z butelki Schiopettino 2011 okazało się gotowym winem i bardzo przyjemnym lecz nieporównywalnie innym niż 2007 rok jaki miałem okazje wypić tydzień temu w domu. To była petarda!!!  .

Mam w piwnicy u siebie jeszcze Carata z 2006 roku i w sumie widząc jak te wina ewoluują to trochę mi szkoda teraz go otwierać. Wina z jego ręki niewątpliwie zyskują w latach i sam Fulvio nieraz był zdziwiony jak niektóre butelki z lat 80  gdzieś przywiezione przez znajomych potrafią nieżle go zaskoczyć.

Bressan oczywiście to firma rodzinna gdzie jeszcze tata Fulvia – Nereo cały czas czynnie pracuje w winnicy i dzieli się oczywiście swoim doświadczeniem. Oprócz ojca i syna na pewno warto wspomnieć Jelene-żona Fulvia, która była naszą przewodniczą po ich świecie. Mało kiedy się zdarza żeby ktoś opowiadał tak dokładnie i precyzyjnie o swoje pracy. Niewątpliwie tutaj tez wiele widać że Jelena dużo uczestniczy w pracach  winnicy a nie tylko  zajmuje się enoturystami. Właśnie dzięki niej wiele zrozumieliśmy o ich pracy, miłości do winiarstwa i życiu. Zycie winiarza wcale nie jest takie łatwe jak wszyscy myślą . Jest wiele pracy a często gęsto wszystko może wyglądać pięknie do zbiorów a tu nagle dzień wcześniej przyjdzie załamanie pogody lub jakaś choroba.

Każdy rok niewątpliwie dyktuje swoje reguły i często gęsto jak jest zły rok to wiele win nie zostaje zabutelkowanych.To jest cecha małego winiarza i człowieka który pracuje w zgodzie z naturą a nie chemią w laboratorium.

Dzisiaj powoli ludzie zaczynają rozumieć że dobre wina to takie które wymagają dużo czasu i poświecenia, nie można je porównać do win produkowanych na dużą skalę bo tamte produkowane są w zautomatyzowany sposób i tak naprawdę chociaż mogą być dobre nie charakteryzują się niczym szczególnym.

Tata Fulvia  podczas naszego pierwszego spotkania rzekł że ich winnica jest wyjątkowa bo uprawiana  z miłością. Po winach które piłem u nich nie zostaje nic innego jak przyznać mu rację. Praca i zamiłowanie do niej czynią cuda , a Bressanowie są tego dowodem . Pozdr Chef

 

Wracam po małej przerwie , sezon był dość mocny więc jak sami rozumiecie nie było za dużo czasu na pisanie , ale teraz juz się uspokoiło więc czas odświeżyć trochę bloga. Dzisiaj będzie o winie , bo ostatnio  kupiłem kilka  butelek  od Josepha który  prowadzi  mały sklep na Kazimierzu w Krakowie ( Naturaliści) , no i skoro było dobre to warto o ty wam powiedzieć.

Vin de France bo tak widnieje na etykiecie jak sami możecie się domyśleć pochodzą z Francji. Dokładnie ujmując sprawę pochodzą z Loary od niezwykłego winiarza o imieniu Patrick Desplats. Na początku przyznam że butelki robią niezłe wrażenie . Etykieta jest dość abstrakcyjna, troche w stylu Pollocka i to niewątpliwie już odzwierciedla duch  winiarza. Patrick Desplats to czysty naturalista ,nie znam go osobiście lecz po jego winach już wiem, że jest  człowiekiem dość nietypowym.

Od Josepha zakupiłem dwie butle od Desplatsa : jedno czerwone i jedno białe. Vin de France białe, to blend kilku lokalnych gron  z czego pewnie założe się ,ze  nie brak w nim  Sauvignon Blanc , który w Loarze jest dość popularny. Wino na pierwszy rzut jest niezwykle świeże i rustyklane. Posiada ładny złoty kolor z lekkimi zielonymi odcieniami , bukiet głównie jest kwiatowy a w ustach dominują cytrusy z dużym naciskiem na limonkę. To wino jest wprost dzikie i nieokiełznane, czyli takie jak dawne prawdziwe Sauvignon Blanc. Od razu powiem że nie  warto w nim szukać harmonii ,bo w tym winie tego nie ma , jest ono rustyczne, swojskie( mega kwaskowate) z niezłą dawką humoru. Lubie takie wina z uwagi na prostotę i szczerość jaką odzwierciedlają i tak naprawdę są to wina jak niektórzy lubią rzec :”Prosto od rolnika”.

Druga pozycja jaką próbowałem to wersja czerwona . Moim zdaniem jest o wiele słabsza niż biała lecz w sumie to też zrozumiałe, bo Loara to ojczyzna białych gron. To  czerwone  jednak też odzwierciedla rękę Desplata. Wino jest bardzo żywe, świeże z dość agresywnymi taninami. Niezły jest bukiet leśnych owoców, ładna też nuta ziołowa w ustach. Wino na pewno interesujące lecz z uwagi  na jego charakter może nie dla wszystkich . Wina z ręki Desplata są trochę zdziczałe , swojskie i dość ekcentryczne. Nie każdy szuka czegoś takiego , ja owszem.

Jeśli podać dwie pozycje konfrontacji niewątpliwie białe zostaje moim faworytem.Warto też wspomnieć że wina są butikowe, naturalne i bez jakiejkolwiek filtracji co zresztą widać na zdjęciu który umieściłem . Podsumując , wina od Desplata mi zasmakowały i polecam je szczególnie do nieformalnych spotkań z przyjaciółmi najlepiej w towarzystwie dobrych swojskich wyrobów. Pozdr Chef

Jest sezon na szparagi i tak sobie pomyślałem, że pasowałoby dobrać do tak zacnych wiosennych przysmaków jakieś  dobre wino. Grechetto jak się okazuje pasuje jak ulał a w szczególności to od Sergio Mottury.

Poggio della Costa uwodzi niewątpliwie pięknymi zapachami kwiatowymi i lekką nutą warzywnych kwiatów cukinii. Dużo w nim mineralności , tanicznosći i ładnej kwasowości. Bardzo dobrze zrobione wino no i od jakiegoś czasu zbiera też dużo nagród . Grechetto to jedno z bardzo starych włoskich szczepów, które dzisiaj coraz bardziej są doceniane z uwagi na ich wyjątkowość. Kiedyś wino dla biednych i  pracowników a dziś znów odwrotnie zyskuje na prestiżu. Mottura można powiedzieć że ma szczęście posiadać wiekowe winnice Grechetto i to pozwala mu uzyskać świetne rezultaty w winifikacji. Przykładem jest chociaż wersja beczkowana  grechetto  „Latour Civitella” która w 2001 jako pierwsze wino w historii Lacjum zyskało 3 prestiżowe kieliszki Gambero Rosso. Jak widać z prostego szczepu jakim jest Grechetto mozna uzyskać bardzo złożone wina. Od Mottury udało mi się jeszcze zdobyć jego Spumante Millesime (chardonnay) winifikowane metodą klasyczną. Niebawem je otworzę i zobaczymy czy dorównuje najlepszym bąbelkom z Szampanii. Na razie pozostaje mi się cieszyć tym świetnym bazowym grechetto , oczywiście w towarzystwie pysznych naszych polskich szparagów ;-).

Włochy często gęsto kojarzą nam się z śródziemnomorską krainą gdzie zawsze jest ciepło i ładnie. Choć w wielu przypadkach tak jest, to bywają i miejsca, które wcale tego wspaniałego klimatu śródziemnego tak nie oddają . Jednym z takich miejsc, niewątpliwie jest Piemont .

Zeszłej jesieni miałem okazje spędzić kilka dni  w historycznym Langhe które należy do Piemontu  i uwieżcie mi, że zwykle bywało  zimno, mgliście i wietrznie.( prawie jak w Murzasichlu ;-))  Mimo  tych „nie włoskich” klimatów  Langhe od zawsze  cieszy się bardzo dużym zainteresowaniem a  to z prostej przyczyny że robią tu niezwykle wybitne wina.

Do najczęszczych  uprawianych  gron w tym regionie  należy endemiczne Nebbiolo. Znalazło  ono tutaj swój  idealny mikroklimat, który pozwala na tworzenie wielkich i długowiecznych  win jak Barolo. Oprócz  Nebbiolo trzeba  też pamiętać że w Langhe uprawia się też inne interesujące  szczepy jak  chociażby Dolcetto  czy Barbera, jednym słowem jest w czym wybierać.

Dla wielu oczywiście  to miejsce może wydawać się trochę mało ciekawe z uwagi przede wszystkim na dość skromne atrakcje turystyczne. Kilka zamków, kilka fajnych miasteczek i po za winem  tak naprawdę nic. Przychodzi się tu głównie  odpoczywać, napić dobrego wina i jak ktoś lubi uprawiać trochę sportu  .

Ja podczas swojego pobytu nastawiony głównie byłem na enoturystykę i dlatego postanowiłem wynająć  sobie dość duży apartament z ładnym widokiem na winnice  i blisko jakiegoś miasteczka. Był  to dobry pomysł bo pozwalał mi  gotować do woli mając dostęp do swietnych lokalnych produktów w osiedlowych sklepików a jak nie miałem już na to ochoty to wybierałem się do pobliskich trattorii.  Rano zwykle wybierałem się  na spotkania z winiarzami a po południu zwiedzałem  okoliczne wioski.  Nie ma tak na  prawdę tu dużo do zobaczenia, lecz warto zaliczyć Barolo i  jego muzeum korkociągów , stare miasto w Cherasco ( kupić ich czekoladki), Muzeum w uniwersytecie dla Psów W Roddi, starówkę w Dogliani i Albę. Myśle że Langhe to głównie meta dla kochających wino,  lecz warto też pokrecić się za ciekawą propozycją gastronomiczną.

Wino w Langhe to nie wszystko bo oprócz niego warto też rozglądać się za truflami . Te niezwykle ciekawe grzyby rosną tutaj bardzo obficie i grzech ich nie skosztować. Z okazji białej trufli w Albie co roku są organizowane bardzo ciekawe międzynarodowe Targi Trufli. Przyciągają niesamowitą ilość turystów i naprawdę warto sie na nie wybrać. Ceny noclegów w tym okresie niestety windują dość szybko w góre lecz z drugiej strony mamy niesamowite okazje żeby brać udział w wielu warsztatach tematycznych które są niezwykle pouczające.

Ogólnie rzecz biorąc byłem bardzo zadowolony  z tego wyjazdu. Mgła trochę dawała w kość, bo ciągle nic nie widzieliśmy a w nocy to już w ogóle było nieciekawie, lecz taki urok tego miejsca . Polecam szczególnie dla wine- loverów. Do nast Chef