Oj dawno nie piłem Chianti!!! A tak naprawdę  po powrocie z Toskanii wypiłem kilka butelek które przywiozłem ze sobą i od tamtego czasu całkowicie o nim zapomniałem.

Chianti swego czasu było najpopularniejszym czerwonym winem w Polsce, dobrze  zawsze się kojarzyło, bo podróż po Chianti również żle się kojarzyć nie mogła. Każdy kto choć raz  był w Chianti na pewno się nie zawiódł , bo nie da się nie lubić tych małych krętych dróżek  porośnietych gdzieniegdzie cisami no i oczywiście tych pięknych krajobrazów  z winnicami Sangiovese z czego własnie winifikuje się Chianti.

Dobrze pamiętam tamte wina  , miały ten typowy zapach dla tego miejsca, kolor no i oczywiscie smak. Niewiem jak to okreslić ale dobre Chanti pachnie mi Toskanią, jej kwiatami, ziołami no i oczywiście słońcem.

Ostanio w poszukiwaniu kolejnych pozycji do mojej piwnicy udałem się do Krakowa. Słyszałem dobrze o wine barze Krako Slow Wines na Zabłociu więc wykorzystałem wolny czas żeby tam skoczyć i zobaczyć co mają ciekawego . Interesowały mnie głównie wina gruzińskie i wiedziałem że to dobry adres w tym kierunku , ale niespodzianką okazało się ze od niedawna zaczeli sprowadzać tez Włochy. Jak sie pózniej okazało po rozmowie z Pawłem Wożniakiem ( współwłaścicielem miejsca )za selekcje  odpowiedzialny został Jacek Szklarek. Może nie każdy zna prezesa Slow Food Polska ( ja zresztą tez nie, osobiście 😉 ) lecz z tego co mi wiadomo to osoba o dobrym smaku która byle czego nie podpisze swoim nazwiskiem . Z tego tez powodu kupiłem kilka próbek  z Gruzji lecz tez i z Włoch, bo warto przekonać się co w trawie piszczy. Wśród próbek oczywiście było i Chianti Rufina od Selvapiana.

Po powrocie do domu nie spieszyło mi się z tym Chianti, bo sobie pomyślałem że to pewnie nic szczególnego , a bardziej interesowałem sie Gruzją, lecz to był jednak błąd.Własnie kilka dni temu bez okazji wypiłem tą butelkę Rufiny, i co tu dużo mówić , Chianti mi się przypomniało:-). Wino koloru ciemnego rubinu z odcieniami granatu pięknie się prezentowało w kieliszku od Riedla ( no bo przecież jak pić takie wino to nie w byle czym ;-)) . Błyszczące , świeże i dość oleiste dało o sobie znać że jest w najlepszym dla siebie  okresie. Mimo że to już rocznik 2011 pięknie pachniało i nadal buchało świeżością. Dużo kwiatu w nosie a w ustach to już w ogóle poezja. Pieprz, amarena, lukrecja to tylko niektóre aromaty jakie udało mi się wychwycić  bo tak naprawdę co rusz coś się ulatniało.

Wino wybitne i na pewno jeszcze do przytrzymania w piwnicy. Jest to Riserva więc cena też nie należy do najtańszych , ale jak każdy koneser wina dobrze wie,  za dobre pozycje  się płaci a za tak wielkie jak to  Chianti w tej cenie, to grzech nie kupić całego kartonu.

No cóż, przypomniała mi się Toskania, Chianti, wina, Fiorentina……..chyba czas powrócić do tych magicznych miejsc….bo warto. Pozdr Chef

Oto postanowiłem się podzielić z wami najgorszymi  tekstami jakie udało mi się usłyszeć w mojej karierze kucharza i restauratora.Niech będą dla tych co pytali odpowiedzią a dla niektórych również przestrogą i nauczką że restauracja to nie jarmark, bar czy po prostu własny dom.

  1. A nie macie kwaśnicy ???– najcześciej padające pytanie u nas w lokalu. Sciska mnie za każdym razem jak to słysze i naprawdę nie rozumie czy jest to atak czy głupota.Na szyldzie przed restauracją jak byk pisze że restauracja jest włoska, przed drzwiami również taka informacja, menu wyłacznie z włoskimi daniami a tu nagle takie pytanie. Na to samo w sumie by wyszło jak bym poszedł do karczmy i nagle spytał dlaczego nie mają suszi????
  2. Dlaczego jest tak pusto? – Koniec sezonu, wiekszość zamyka zresztą swoje lokale w Zakopanem, a tu nagle wielkie zdziwienie że we wiejskiej restauracji pustka.Tutaj też nie wiem czy to sposób na nawiązanie rozmowy z gospodarzem czy po prostu atak w kwestii że żle gotujemy i nikt do nas nie przychodzi, ale w obu kwestiach nie mają one zadnego sensu. Lepiej nie mówić takich rzeczy a jak znów kochamy restauracje z tłumami to wybór jest tylko jeden – Mc Donalds
  3. Macie ceny jak z kosmosu.-  w kosmosie nie byłem, ale rozumiem że chodzi o to że wysoko się cenimy. Nigdy nie mówiłem że u nas jest tanio zresztą ceny zawsze były uwidocznione w karcie przed lokalem i w menu . Jak mnie na coś nie stać to po prostu tego nie kupuje , a jak już kupie to na pewno nie narzekam że tyle wydałem.
  4. Dobra ta pizza ale nasz  znajomy  robi lepszą.– Nigdy nie mówiłem że robie najlepszą pizze czy tiramisu w przeciwieństwie do niektórych co się tym szczycą. Jak ktoś robi coś lepiej odemnie bardzo mnie to cieszy lecz myśle że nie wypada o tym wspomnieć szczególnie stołując się u kogoś innego ,bo to jest tak jak bym ja  powiedział że fajni z was goście lecz powiem szczerze że znam lepszych i fajniejszych od was którzy bardziej nas doceniają i zostawiają nam więcej kasy.
  5. Chcieliśmy tylko zobaczyć lokal– również częsty przypadek, który co najgorsza wplata w zakłopotonia już siedzących gości. Nie ładnie jest tak wejśc do lokalu i zaglądać ludziom do talerzy , można przecież zamówić  coś lekkiego , wziąść aperitif i spokojnie siedząc na stole obserwować całość    nikomu przecież nie przeszkadzając.
  6. Byliśmy we Włoszech i to nie jest to – no czasami się zdarza usłyszeć taki tekst od osoby która była zazwyczaj RAZ na pielgrzymce we Włoszech i ona twierdzi że zna już perfect kuchnie włoską. Każdy osoba która była we Włoszech przynajmniej z 5 razy i to w róznych miejscach , wie doskonale że nie istnieje coś takiego jak uniwersalna kuchnia włoska. Co region , wszystko się zmienia i kazdy kucharz interpretuje dania na swój sposób więc zazwyczaj jak ktoś mi mówi że to nie jest to , to przyznam racje , bo na pewno nie gotuje jak mój kolega w Rzymie 😉
  7. Byliśmy 10 lat temu i teraz znów przyszliśmy żeby was sprawdzić – Po takim tekscie czuje się tak jakby najważniejszy inspektor Michelin przyszedł do mojej restauracji żeby wręczyć mi 3 gwiazdki. Szkoda że zazwyczaj po takim tekscie zamawiąją tylko jedną pizze margerite i to bez picia. No to mnie  sprawdzili.;-)
  8. Cieżko do was trafić – wiem i własnie na tym nam zależy. Nie chcemy reklamy , przynajmniej nie takiej ogólnej,zależy nam żeby konkretny klient do nas trafił a nie byle kto.  A tak naprawdę skoro już tu jestescie to widzę że jednak się udało nas znaleść.
  9. Zrobilibyście  nam zniżkę – Jak ide na jarmark to targowanie sie jest jak najbardziej na miejscu lecz w restauracji nie. Jak ide do restauracji nigdy nie licze na znizke a wręcz odwrotnie wiem że jak dobrze zjadłem i spedziłem przyjemnie czas to jeszcze musze zostawić napiwek
  10.  Opisze was w internecie – wiem ze nie zawsze każdy doceni to co robimy , lecz żeby od razu zmieszać z błotem dodatkowo kłamiąc wielokrotnie we wpisie to troche takie nie fair. Rozumiem że to taki sposób na wyładowanie się lecz pamietajmy że jak będziemy kłamać ucierpi na tym nasza wiarygodność.

Takie oto sytuacje miałem okazje doswiadczyc podczas swojej pracy. Wiekszość niestety bierze się z braku podstawowej wiedzy na temat restauracji włoskiej  i nie tylko .Na koniec pozwolicie że zacytuje coś czego się zawsze trzymam kiedy szczególnie wybieram się do miejsca którego nie znam :

Le­piej jest nie odzy­wać się wca­le i wy­dać się głupim, niż odez­wać się i roz­wiać wszel­kie wątpliwości.  – Mark Twain

DSC_0274

Będąc w Trydencie rok temu, codziennie podczas upałów gasiłem swoje pragnienie drinkiem Hugo. Jak się okazało w Dolomitach jest on bardziej popularny niż Spritz Aperol i to z uwagi na łatwy dostęp do głównego składnika jakim jest własnie Czarny bez. Czarny, czy dziki Bez ( Sambucus Nigra) jest niezwykle popularnym krzewem w Europie , który niesłusznie u nas w Polsce jest kojarzony z chwastem.  W Dolomitach, górale zauważyli jako pierwsi, że ten dziki krzew na wiosnę rozkwita uwalniając niesamowity zapach i jedni własnie z tego względu postanowili wykorzystać ten atut   sporządzając z jego kwiatów  nalewki, syropy czy soki.

Wracając jednak do Hugo to niby to pomysł jakiegoś barmana z okolic Bolzano lecz we Włoszech każdy miał zwyczaj dolewać coś do wina i tak właśnie na zachodzie Włoch popularny jest Spritz z Campari , na wschodzie z  Aperolem a na północy moje ulubione z sokiem z czarnego bzu, czyli Hugo. Żeby jednak zrobić dobre Hugo należy mieć bardzo aromatyczny syrop z kwiatów bzu który cieżko znaleść w sklepach z uwagi że są tam produkty przemysłowe napakowane chemią i cukrem bez wyrażnego smaku. Z tego tez powodu  polecam zrobić sobie taki syrop samemu  w domu bo jest to po pierwsze bardziej zdrowe, smaczne i oczywiście proste.

Na początek, oczywista sprawa warto się  uzbroić w kwiaty czarnego bzu. Dziki Bez rośnie tak naprawdę wszędzie, ale najlepszy znajduje się  z dala od dróg i smogu czyli polecałbym wybrać się po niego na terenach rolniczych a jeszcze lepiej górskich.Dla leniwych mogę polecić tereny wokół zalewu Czorsztyńskiego, tam jest go naprawdę dużo i łatwo dostępny.  Po bez najlepiej się wybrać w słoneczny i ciepły dzień żeby kwiaty były możliwie suche bo inaczej mogłyby szybko zwiędnąc lub się zaparzyć . Kwiaty zbiera się dość szybko i tak naprawdę po zbiorach odstawiamy je tylko na jakiś stół w tarasie  na jakieś  dwie godziny żeby ewentualne robaczki wypełzy. Ważna sprawa im szybciej się za syrop zabierzemy tym bardziej wyjdzie on nam aromatyczny, więc po zbiorach niema co czekać na następny dzień.

DSC_0267DSC_0277

Jak już mamy kwiaty musimy przygotować bazę do syropu. Jak każdy podstawowy syrop uzyskujemy go przez gotowanie 1 litra wody z 1 kg cukru. Kiedy syrop powoli osiąga temperature wrzenia wyłączamy gas i zakrywamy całość kwiatami czarnego bzu. Tak sporządzony napar zostawiamy na noc a na drugi dzień filtrujemy i pakujemy do szczelnych butelek z zakrętką. W zależności od naszych predyspozycji smakowych warto dodać tez odrobinę soku z cytryny po zagotowaniu , to spowoduje że syrop będzie mniej mdły i bardziej świeży ( kwaskowaty)

Taki syropek tak naprawdę konserwuje się bardzo długo a jak trzymany w lodówce czy piwnicy to spokojnie nawet do roku czasu (czyli do kolejnych zbiorów). Jeśli znów planujemy go wypić dość szybko to polecałbym zrobić syrop z mniejszą ilością cukru np na 1 l /600 gr cukru to wtedy zyskamy lżęjszy produkt, bardziej aromatyczny, który można już nazwać tak naprawdę sokiem .

Syrop czy sok z czarnego bzu można wykorzystać na milion sposobów. Ja u siebie wykorzystuje go oczywiscie do Hugo ( 130 ml Prosecco +30 ml Syrop) ale i też do deserów żeby wzbogacić  wyrazistym smakiem  . W lecie świetnie się sprawdza z lemoniadą a w zimie znów mega smakuje dodany do herbaty z mlekiem.

Kwiaty bzu pojawiają się na Podhalu zazwyczaj w połowie czerwca( na północy kraju zwykle  20 dni wczesniej) i wtedy jest najlepszy moment na jego zbiór, bo póżniej kwiaty są już zbyt przekwitniete i niezdatne do wykorzystania. ( najlepsze to takie pół zakwitnięte z jeszcze małymi pąkami)Jak byśmy się spóżnili niema jednak co żałować bo  z kwiatów oczywiście będą owoce a te znów póznym latem można również wykorzystać na pyszne sosy i konfitury.

O tym również napisze ale to za jakiś miesiąc…. teraz pozdrawiam was i lecę sobie zrobić Hugo, bo straszny upał.

 

DSC00423

Pod koniec sezonu zawsze przychodzi mój czas na Szczawnicę. Człowiek zmęczony i z  odpornośćią która  spada mu do zera nie jest w stanie  nic już zdziałać i  wtedy    może pomóc tylko  odpoczynek. Szczawnica to własnie moje miejsce idealne do tego celu i wiem ze zawsze mi pomoże. Wybieram się do niej oczywiście zawsze wczesną wiosną albo póżną jesienią, bo wtedy najspokojniej i oczywiscie dla mnie  najlepiej. Hotele oferują również niezłe pakiety , więc sami rozumiecie że lepiej być nie może.

Będąc w Szczawnicy pewnie nie jeden sobie zada pytanie co robić ? No oczywiste że odpoczywać , ale jak ??? Podam tu mój plan działania , nie jest to poradnik lecz raczej wskazówka z mojego punktu widzenia jak wykorzystać najlepiej czas w Szczawnicy.

DSC00399 DSC00379

Otóż najważniejsza rzecz to oczywiscie nocleg.  W Szczawnicy mamy tak naprawdę bardzo szeroką bazę noclegową ale warto zwrócic uwagę na te miejsca które są szczególnie położone w ciszy i spokoju. Najlepiej kierować się noclegami w odrębie Parku Górnego. Ceny są tam drozsze niż w innej częsci Szczawnicy ale poza sezonem zawsze trafiają się  dobre oferty a po za tym niema nic lepszego jak poranny spacer czy joging przed śniadaniem w otoczeniu Parku.

W Szczawnicy oczywiście można odpoczywać spacerując albo przesiadując w kawiarenkach czy restauracjach, lecz trochę bezpośredniego zdrowia również nam nie zaszkodzi, więc warto go zaczerpnąc w Inhalatorium . Mają tutaj szereg świetnych zabiegów i inhalacji. Warto się umówić na prywatną wizytę z lekarzem w przychodni który stworzy nam bezpośredni program zdrowotny, kosztuje to 80 zł ale przynajmniej wiemy za co się zabrać.  W niskim sezonie dodatkowo możemy sobie pozwolić na swobodny terminarz i wtedy najlepiej umówić się na zabiegi rano, tak żeby od południa własnie był czas na inne rzeczy. W Inhalatorium mają szereg  ciekawych i pomocnych zabiegów , lecz niewątpliwie najprzyjemniejszym i dające świetne rezultaty już po kilku sesjach jest Inhalacja Celkowa. Polega ona że zamykają cię w celi gdzie powstaje mgła lotnych zdrowotnych gazów. Siedzimy tam przez ponad 20 min i oddychamy, nic wiecej nie robimy, tak ze fajnie ;-). Oprócz celki warto wybrać  różnego rodzaju gimnastyki czy masaże , naprawdę potrafią człowieka postawić do pionu fizycznie jak i psychicznie. Jeśli chodzi o ceny to kwestia jest bardzo przyjazna bo w odróżnieniu od hotelowych Spa zapłacimy tutaj 10 x taniej.

DSC00337

Po Inhalatorium warto się  udać  napić szczawy (wodę zdrojową )  do Pijalni Wód na placu Dietla. Jak wykupiliście poradę w przychodni to  już na pewno wiecię jaką  wodę wybrac najlepiej do waszej kuracji, bo zresztą   jest ich sześć a każda  ma inne właściwośći . Ja próbowałem oczywiście wszystkie i dziwnym trafem tą która mi lekarz polecił była najgorsza ( Jóżef), ale co zrobić ce la vie….

 

Tak naprawdę jeśli rano wstaniemy o 8.00, to po małym spacerku i  śniadaniu  pójdziemy na zabiegi coś koło 9.30. Zabiegi nam zajmą coś ponad godzinę  a pózniej przed obiadem bedziemy mieli czas na małą drzemkę lub krótki wypad  do kawiarenki na małe aperitivo . Ja po zabiegach zawsze lądowałem do Kawiarni Helenka . Niezwykle urocze miejsce gdzie można napić się dobrej kawy ale i skusić się  na coś więcej jak  Campari. Mają prasę, jakieś przekąski, więc czas spędza się tam miło. Na obiad codziennie prawie lądowałem do jadłodajni Pod Siekierkami. Jak byliście w Szczawnicy więcej niż raz  to na pewno tam jedliście bo tam wszyscy prędzej czy pózniej ląduja . Jest tanio, dużo i smacznie. Zupę podają w wazach – codziennie inna a na drugie też jest nie mały wybór.

Po obiedzie tak naprawdę mamy free time. Ja często wykorzystywałem ten czas żeby to trochę się pokręcić po okolicy. No i tak polecam wypad powyżej Parku Górnego . Nie wyobrażacie sobie jakie świetne mamy widoki z tego miejsca. Powyżej Parku można dalej iść jeszcze w  górę w kierunku Beresnika albo tak jak ja zwykle robiłem zejść w strone osiedla Połoniny gdzie przechadzamy się wsród bardzo fajnych uliczek ze starymi willami. Tutaj własnie czuć prawdziwą Szczawnicę , czyli taką która żyje swoim rytmem. Mało tutaj sanitariuszy ,turystów,  dużo swojaków .

DSC00328

 

Oczywiscie jeśli nie w Górę Parku można też isć w dół a tam znów Promenada. Pamietajmy jednak że wzdłuż  Grajcarka jest co prawda ładnie ale mniej zdrowotne powietrze niż na górze. Nie zaszkodzi nam oczywiście, ale i nie pomoże, więc  jeśli szukamy zdrowego tlenu to lepiej wspinać się w góre. Jeśli mowa o górze to oczywiście na myśl przychodzi popularna Palenica. Jest kolejka dla leniwych a na górze tez mamy kilka fajnych tras do wyboru.

Tak naprawdę jeśli chcielibyśmy spędzić aktywnie nasz pobyt w Szczawnicy to  miejsc do zwiedzenia jest tu multum. Szczawnica to miejsce położone w centrum Pienin czyli tak jak w Tatrach jest co zobaczyć .

Po aktywnie spędzonym dniu zdobywając kolejne szczyty, pagórki czy ławki na promenadzie 😉 należy się kolacja z dobrym winem. W Szczawnicy tak naprawdę mało jest takich miejsc gdzie wieczorem możemy skoczyć na taką kolacje i ja zazwyczaj wybierałem Restauracje w Modrzewie Park Hotel albo Restauracje Villa Marta. Pierwsza pozycja bardziej wykwintna z francuskim akcentem , druga znów swojska dobra Szczawnicka kuchnia w naprawdę miłych i ciepłych wnętrzach.

No i tak mniej wiecęj wygląda mój pomysł na naładowanie baterii.Ląduje tam dwa razy do roku i zawsze po powrocie do domu jestem pełen energii i  gotowy do dalszego działania.  Polecam każdemu taki mini wypad, naprawdę potrafi zdziałać cuda. ;-)Pozdr Chef

 

DSC_0218

Paryż to duże miasto i jak spojrzeć na niego kulinarnie, to każdy znajdzie coś dla siebie.Są  tu wykwintne restauracje, gdzie za kolacje zostawimy ponad 100 euro od osoby  lecz i nie brakuje tutaj tanich  barów ulicznych gdzie zjemy np.   świetnego kebaba, hot doga czy genialnego Croque Monsiera za 5 euro. Podczas mojej kolejnej podróży w Paryżu wyznaczyłem sobie kilka celów które chciałem koniecznie zwiedzić kulinarnie. Od razu powiem że nie  interesowały mnie  popularne miejsca na Trip Advisorze ani restauracje wyróżnione w przewodniku Michelin czy Gault e Millau , bo  nie oszukujmy się, takie lokale są uczęszczane przede wszystkim przez turystów a  ja znów szukałem miejsc gdzie jedzą przede wszystkim  tubylcy.

Pewnie nie raz słyszeliście że w Paryżu można zjeść bardzo dobre owoce morza. To prawda. Miałem okazje zauważyć że jest wiele dobrych restauracji, które podają świeże ostrygi czy inne specjały z głębin jak chociażby langusty,  lecz czy to na co dzień jest w menu typowego Paryżanina?  Wydaje mi się że raczej nie. Jak chadzałem  po głównych arteriach miasta gdzie zwyczajowo mieści się wiele świetnych knajpek to na ogół zauważyłem że wszyscy jedzą jedno i to samo. Pewnie pytacie  co ?A no Stek z frytkami;-) Tak moi drodzy najpopularniejszym daniem   w wielu bistro jest właśnie „Entrecot”  z frytkami, oczywiście jak to w francuskim stylu  podany w towarzystwie świetnego domowego sosu.

DSC_0213

Oczywiście jak wcześniej wspomniałem jest dużo takich knajpek w Paryżu a szczególnie wzdłuż popularnych alejach jak Boulevard du Montparnasse lecz jedno miejsce wyróżnia się szczególnie – mowa oczywiście  o Le Relais de l’Entrecote. Ta restauracyjka jest wyjątkowa nie tylko z uwagi na długi czas istnienia  lecz przede wszystkim z  uwagi na wyjątkową formułę oryginalną i niezmieniąną od lat  –  czyli że podają wyłącznie  Entrecota z frytkami. Szczerze nie znam drugiej takiej restauracji ,która by podawała jedno jedynie danie i dodatkowo cieszyła się tak dużą popularnością, bo w Relais Entrecote mimo że to duży lokal często trzeba czekać na wolny stolik. Myślę że jest to też wspaniały przykład jak Paryż różni się od Warszawy, bo u nas w stolicy jak restauracja nie zmienia menu  minimum raz na 3  miesiące  to jest „passe” i tak naprawdę nie cieszy się wtedy dużą popularnością  a w Relais znów odwrotnie od wielu lat nie tyle nie zmieniają menu, lecz nadal mają jedno tylko danie i są mega oblegani. Jaki jest  zatem sekret tego sukcesu??? Jedni mówią że to ten sekretny sos co podają z mięsem ale dla mnie to nie to, ja uważam że ich sekretem jest autentyczność .  Oczywiście zjemy w Warszawie ( Butchery e Wine)  czy nawet w Krakowie ( Ed Red) świetne steki ale w Relais jest inne  całkiem podejście do całości, bardziej lużne , swojskie, tradycyjne i jakże perfekcyjne wykonane.

Żeby zrozumieć to wszystko jednak trzeba się tam znaleść i zobaczyć na własne oczy jak  działa ta  mega perfekcyjna maszyneria .Ja byłem no i w skrócie wygląda to tak: Po wejściu do lokalu widzimy  tłum ludzi którym towarzyszy  piękna melodia  nieskończonych się francuskich dialogów ,tłuczących  się talerzy i  strzelających korków od wina otwieranych przez kelnerki między nogami. Czekając  przy wejściu warto się jednak  uzbroić  w cierpliwość ,  bo tak naprawdę na pierwszy rzut oka nie widać żadnych wolnych stolików lecz po chwili  Panie kelnerki wołają nas i w magiczny sposób znajdują się dwa miejsca które są tak blisko naszych sąsiadów że dotykamy ich  prawie łokciami.

Zapewne jak  pierwszy raz wpadniecie do Relais to na sto procent będziecie mega zaskoczeni  . Otóż od razu po tym jak zasiądziecie do tego wąskiego i małego stolika , podejdzie do was miła Pani ubrana w czarną sukienkę z białym fartuszkiem i   krwisto czerwonymi pomalowanymi ustami   pytając jakiego chcemy steka i tu właśnie  będzie ZONK??? O co kaman??? Gdzie karta?? Jaki stek? I wtedy dopiero zaczynasz patrzeć na okoliczne stoliki i widząc ze wszyscy jedzą to samo rozumiesz jak by to u nas powiedzieli …… ten KONCEPT. W tym lokalu, jak właśnie wcześniej wspomniałem  jemy tylko jedno danie ( steka ) ,więc nie zostaje ci nic więcej jak określić stopień wysmażenia mówiąc rare albo medium – co to drugie nie jest dobrze odbierane (broń Boże well done). Pierwszego razu jak byliśmy  zamówiłem steka medium i już po minie kelnerki wiedziałem ze żle zrobiłem, ale ona też wiedziała że ja  nowy, że turysta,więc niech mu będzie . Dlatego że turysta oczywiście  dała nam droższa wodę która jak zauważyłem w stołach tubylców nie widniała, ale cóż oni jedli rare ;-). Za drugim razem oczywiście wziołem steka krwistego i nie robiąc głupiej miny przy pytaniu jak bardzo usmażony  zostałem potraktowany jak swojak i w nagrodę dostałem tańszą wodę, to było miłe . Obok mnie tego dnia również zasiadł japończyk i nawet nie wyobrażacie sobie jak musiałem się powstrzymać od śmiechu kiedy to podczas zamawiania  steka ten ów człek poprosił o stopień wysmażenia MEDIUM RARE a kelnerka na to : „Nie Chłopie, tak nie będziemy się bawić !!! ALBO RARE, ALBO MEDIUM 😉

No ale wracając do formuły Relais  po zamówieniu steka    dostajemy małą sałatke z vinegretem i bagietke do tego .Można powiedzieć że to takie czekadełko bo w sumie na Entrekot troche się czeka  a przecież głodni jesteśmy ;-)( sałatka z bagietką wliczona w cenę ).Po zjedzeniu sałatki w idealnym momencie nadchodzi czas na nasz upragniony stek  ale tu znów Zonk!  Pani zabiera ci pusty talerzyk z sałatką i podaje steka pociętego z frytkami na równie małym talerzyku. Pierwsza myśl ?? To my pojedli ;-( . Stek oczywiście bardzo dobry bo z dojrzewanej wołowiny, idealnie wypieczony i podany  z jakże również  świetnymi chrupiącymi frytkami,  lecz jest tylko jeden  problem – mało go. No i tu pewnie zaczelibyście grymasić tak jak ja, bo ten stek 26 euro kosztował a tu tego tak mało, ale po chwili przychodzi Pani z dokładką i wszystko wraca do normy. Relais to duży lokal , dużo w nim ludzi i dlatego stoliki są małe. Logiczne,  do dużego steka z duża ilością frytek potrzebny jest duży talerz, który zajmował by dużo miejsca na stoliku w którym tak naprawdę jest to niemożliwe, więc sprawa została rozwiązana tak, że podają ci małe talerzyki  z połową porcji a półmisek z twoim stekiem czeka cierpliwie na innym dużym stole serwisowym z podgrzewaczem. Sprytne nie???Na  koniec posiłku w Relais na szczęscie mamy wybór;-) Dostajemy kartę z deserami i tym razem jest naprawdę w co wybierać . Suflet, Creme Brulee czy talerz serów to kilka pozycji które warto wybrać a jak już na nic nie mamy ochotę to dostajemy rachunek , bo przecież inni dalej czekają na stolik … 😉

DSC_0215

Po pierwszej wizycie  zaczynasz rozumieć to miejsce i powoli również dociera do ciebie dlaczego jest takie popularne. Nie chodzi o ten genialny stek, czy  te ładne Panie  z czerwono krwistymi ustami czy  chociażby o ten kurewsko dobry sos , NIE!!!! Tu chodzi o to, że to miejsce jest autentyczne – to żaden koncept czy pomysł na szybki biznes to po prostu prawdziwe bistro jak z dawnych lat  i tyle.

Ta knajpka co prawda zyskała już sławę międzynarodową i już coraz więcej się dziś spotyka u niej turystów, lecz nadal jest chętnie uczęszczana przez tubylców. Dla mnie to mega przeżycie i tak na prawdę jestem pełen podziwu że ta formuła jednego dania tak się świetnie u nich przyjęła , bo po za tym nie oszukujmy się, tanio nie było. Stek plus kawa i woda to jakieś 35 euro od osoby. Dwie osoby 70 euro co  w przeliczeniu na nasze złotówki to ponad 300 zł. W Warszawie 300 zł to dość duża suma na wyjście a szczerze  nie znam lokalu który by mielił taką ilość osób co wieczór ze średnim rachunkiem wartości  300 zł . No ale Paris to Paris a Wawa to Wawa…;-).

Podsumując polecam z całego serca Le Relais du Entrecote , bo to naprawdę bardzo ciekawe miejsce . Oczywiscie moja przygoda w Paris nie skończyła sie na Relais ale to dopiero dowiedzie sie przy nast wpisie . Pozdr Chef

 

ps. W Paryzu są tak naprawdę 3 restauracje Relais. Ja bywałem w tej najbliżej mojego hotelu, czyli tej mieszczącej się w Boulevard du Montparnasse  a dokładnie przy  stacji metra Vavin.

DSC_0217

 

 

Wielkanoc 2016

Written on 26 marca 2016, 12:22am under swięta i nie tylko

Tagged with: , , , , , ,

Wraz z nadejściem Wiosny pożegnaliśmy Zimę,  która definitywnie się skończyła.  Nie wiem w sumie czy tak naprawdę można mówić o jej końcu, skoro tak naprawdę początku nawet chyba nie było, bo przecież co to za zima kiedy śniegu niema??. Czy Zima jednak była czy nie, myśle że  już raczej nie ważne, bo wiosennie już się zaczeło robić  a w tym roku szczególnie wcześnie zawitała do nas Wielkanoc. Jak co roku u nas w restauracji w ten wyjątkowy czas musi się pojawić  jagnięcina i tego roku nie mogło oczywiście być inaczej. Naszykowaliśmy dużo dobrego bo również jak w 2015 r daniem głównym będzie Comberek z pieca a dla wielbicieli ragu również i wersja z jagnieciną powróci do łask.  Oprócz  stałych pozycji postanowiliśmy polepić również trochę  małych i dużych pierogów oczywiście z  farszem jagnięcym. Te małe ( Anolini) będziemy podawać w bulionie z jagnieciny a drugie większe (Ravioli) będą podane na gęstym sosie śmietanowym. Oprócz tego na przystawkę udało nam się zdobyć wiosenne salami Mariola  która myśle będzie idealnym początkiem biesiadowania. Deser jak co roku nie może być inny jak Colomba podana z sosem waniliniowym i tak naprawde chyba tyle byłoby na temat naszego menu Wielkanocnego. Co do mnie to nie zostaje mi nic innego jak życzyć wam Wszystkiego Najlepszego na te Święta i dużo, dużżżżżżżżżoooooo   pysznego ;-). Pozdr Chef

Processed with VSCO with a5 preset

Processed with VSCO with a5 preset

Processed with VSCO with a5 preset

Processed with VSCO with a5 preset

Processed with VSCO with p8 preset

Processed with VSCO with p8 preset

DSC_0208

DSCtr00013
Ostanio udało mi sie zakupić oleje z małej olejarni . Mowa o olejach marki Green Spoon, które powoli stają się popularne  na  stołach  polskich restauracji z uwagi na ich wyjątkowy smak. Co w nich wyjątkowego pewnie pytacie???No wziołem ich pod lupę, bo chce poznać polskie oleje z najlepszej strony a Green Spoon to mój start w kierunku własnie tej przygody.

„Wszyscy kochamy oliwę , ale w 80 % w hipermarketach nie znajdziemy dobre oliwy tylko takie na masową skalę produkowane…”

Dla przykładu jednak teraz zacznę od oliwy. Wszyscy kochamy oliwę , ale w 80 % w hipermarketach nie znajdziemy dobre oliwy tylko takie na masową skalę produkowane ,które są tłoczone z wielu różnych odmian oliwy od różnych rolników .  Jak rozpoznać tą dobrą ??Prawdziwa oliwa ma smak i gorycz co pewnie nie jednemu mogłoby się wydawać dziwne, bo zazwyczaj oliwę wolimy neutralną czy wręcz słodką, ale dobra oliwa stety musi gryzc podniebienie.  Musi mieć aromaty , im długie tym lepsze i musi być gęsta. Oczywiscie tak jak z dobrym winem wszystko zależy od terroir i odmiany owocu lecz jak mamy wybierać sensownie to lepiej unikać wielkich olejarni. Wręcz przekonaniom dobra oliwa nie musi być zielona , to kwestia owocu a osad to dobra cecha bo świadczy o braku filtracji lecz czasami a bardzo często w dużych koncernach oliwę się filtruje a pózniej dorzuca resztki z lepszej partii żęby wszystko wyglądało bajecznie swojsko.

Tak wygląda sprawa w kwestii oliwy , a jak z olejem rzepakowym??? Nie udało mi się znaleść zródeł na temat degustacji rzepaku więc zabrałem się za taką samą ocene jak przy oliwie.

DSC00017

W Polsce najbardziej popularnym olejem jest  rzepakowy ,ale lniany czy rydzowy tez od niedawna zostaje doceniany . Pewnie nie raz smażyliście mięso czy polewaliście sałatke popularnym olejem Kujawskim, ale szczerze- zapomnijcie o  tym .Tu mówimy o produkcie na skale rzemieślniczą  a nie o hektolitrach tłuszczu pakowanego do petu.

Green Spoon w swojej ofercie ma trzy oleje  (te własnie które wczesniej wymieniłem): rzepak, lniany i rydzowy.

„Szczerze ja nie jestem smakoszem orzechów ale jak ktoś uwielbia to na pewno ten  olej pokocha”

Rzepak to chyba najbardziej popularny z całej oferty Green Spoon. Kolor ma złocisty , dość gęsty i z pięknym zapachem orzeszków ziemnych . Szczerze ja nie jestem smakoszem orzechów ale jak ktoś uwielbia to na pewno ten  olej pokocha. Próbowałem tym olejem przyprawić sałatkę , podsmażyć mięso czy zrobić bazowy sos i moim zdaniem na zimno jest najbardziej skuteczny.Mocny aromat , niezła gęstość , jednym słowem super 😉

Drugi olej który spróbowałem od Green Spoon to był olej lniany. Ten olej jest robiony  z nasion lnu i kolor jest bardziej jasny od rzepakowego. Można nawet znależc jakąś odcień zieleni ale ogólnie to taki blado złoty kolor. Zapach również troche orzechowy a konsystencja troche bardziej płynna niż w rzepaku. Smak bardzo specyficzny , trochę ziołowy, również orzechowy ale nie taki arachidowy jak w rzepaku lecz bardziej w stronę orzechów włoskich z ich specyficzną goryczką. Olej charakteryzuje się również ładną cierpkoscią co moim zdaniem jest atutem tei pozycji.

Ostatni i od razu przyznam że  mój ulubiony   z całej trójki  , to olej rydzowy. Ponoć w dawnej Polsce na stole był tylko ten olej, więc uważam go za  bardziej polskiego  niż rzepak. Rydzowy olej niewątpliwie jest najbardziej intensywny w smaku , kolorze i zapachu od reszty którą degustowałem. Ma piękny bursztynowy kolor z pięknym zapachem korzennym. W sumie czuć tez trochę tutaj podsmażonej cebuli i bekonu co moim zdaniem jest genialne. W smaku jest bardzo dobrze zbilansowany i uważam że z całej trójki najbardziej harmonijny.

Wszystkie trzy oleje mają spore różnice ale i również podobne cechy co wnioskuje wspólnym miejscem uprawy roślin( ten sam klimat, gleba). Niewątpliwie widać że to produkt dopieszczony i rzetelnie zrobiony . Na razie nie wystawiam ocen bo to moja pierwsza przygoda z takimi olejami, ale prawdopodobnie będą plasowane dość wysoko.

Podsumując pyszne te oleje z Green Spoon i teraz czekam na nowe próbki z innych regionów Polski które niebawem również mają dotrzeć do Murzasichla. Będę szukał tego co najbardziej smakuje i kto wie czy nie zastąpi mi  moją ukochaną oliwę. 😉

DSC00015

56dff933a775e_p

I tak oto wczoraj  przeglądając facebooka niezwykle uradowałem się kiedy to kilka  moich kolegów w zawodzie chwalili się ( i słusznie ) kolejnym wyróżnieniem w przewodniku Michelin. Jak wszyscy dobrze wiemy znalesć się w owym czerwonym przewodniku to wielki prestiż dla każdego a druga sprawa  niesie za sobą sławę, pieniądze ale również i ważne zobowiązania .Nie bez przypadku wczorajszym najczęstczym wymawianym nazwiskiem wśród ludzi dobrego smaku było „Camastra”.  Andrea Camastra , szef i współwłaściciel restauracji Senses własnie dostał gwiazdkę Michelin co na pewno jest wielkim sukcesem w Polskiej gastronomii. Ciesze się że mamy drugą gwiazdę, chociaż sądze żę Anrdrea już dawno powinien ją mieć , bo zawsze słyszałem świetne recenzje  od gości którzy go odwiedzali.Trzeba również powiedzieć że powoli Modesto przestaje być nr 1 wsród przewodnika Michelin( nadal jedna gwiadka ) ale nie ma się co dziwić zresztą  ,bo w stolicy otwarto ostatnio naprawdę dużo świetnych restauracji.

Warszawa brnie do przodu ale nie tylko, bo w Krakowie w końcu również udało się uzyskać ważne wyróżnienie jakim jest Bib Gourmand. Najlepiej w stosunku do ceny przypadło jakże już popularnemu Zazie Bistro. Znam to miejsce, niewątpliwie bardzo słuszna decyzja inspektorów Michelin bo na Kazimierzu naprawdę rzadko trafić na coś dobrego w dobrej cenie.Co do gwiazdek niestety w Krakowie ich jeszcze brak chociaż sądzę ze niesłusznie bo Copernicus prowadzony przez Filipkiewicza również zasługuje na coś wiecej niż tylko widelczyki.

Niewątpliwie gastronomia w naszym kraju zaczyna przeżywać oswiecenie lecz nadal brak elitarnych  produktów jakimi mogą się pochwalić włosi czy francuzi. Mysle żę to jest naszym hamulcem co powoduje żę nadal mamy jedynie dwie gwiazdki w kraju mając jakże ilu świetnych kucharzy.Trzeba nad tym pracować i przede wszystkim zmotywować ludzi żebyśmy jedli to co zdrowe i nasze.

Gratuluje wszystkim wyróżnionym i życze jak zwykle samych sukcesów . Pozdr Chef

fot. zródło dzennikpolski24.pl

(http://www.dziennikpolski24.pl/aktualnosci/g/gwiazdka-michelin-dla-drugiej-polskiej-restauracji-bib-gourmand-dla-restauracji-z-krakowa,9481537,17213241/)

DSC00061

No i wczoraj naszła mnie ochota żeby otworzyć kolejną WIELKĄ BUTELKĘ ZE SWOJEJ PIWNICZKI 😉 Tym razem wypadło na Taurasi Riserva. To wino zakupiłem od Mojej Italii jakiś czas temu i szczerze zapomniałem o nim trochę , ale teraz nadażyla się okazja żeby go w końcu spróbować .

Taurasi to znane wino z Kampanii, przez niektórych  nazywane  jako” Barolo del Sud „( Barolo południa). No nazwa nie bierze się z nikąd bo szczep Aglianico z z czego robi się Taurasi ma niesamowite możliwosci garbnikowe jak  Nebbiolo( tak samo  zresztą wychodzą z niego niezłe taninowe wina jak i Barolo). Pewnie jak nieraz piliście Aglianico to znacie  moc tego wina, która jest niezwykła. I tak właśnie takim winem niezwykle tanicznym z niezwykłą strukturą jest Taurasi Nero Ne. Jak ktos w restauracji ma ochotę na mega wińsko , czyli takie że mu włosy na głowie stają dęba od samego wąchania do kieliszka to własnie daje mu Taurasi od Cancelliere. Tu mowa o Taurasi BASE który  leżakuje w slawoskiej beczce jakieś 2 lata, ale wczoraj wypiłem coś bardziej eleganckiego, to był eliksir ….. To było Taurasi Nero Ne RISERVA!!!!

W wyjątkowych rocznikach Il Cancelliere oprocz zwykłego Taurasi wypuszcza na świat Taurasi Riserva.

W wyjątkowych rocznikach Il Cancelliere oprocz zwykłego Taurasi wypuszcza na świat Taurasi Riserva. Dłuzsza maceracja owocu i ponad roczne leżakowanie w barrique powoduje że zwykłe,męskie  i agresywne lecz jakże przyjemne Taurasi bazowe zamienia się w elegancką panią. Czuć tutaj nadal czarne owoce , czuć tytoń, proch i czuć też czekoladę gorzką jak w zwykłym Taurasi ale w ustach to już inna bajka. Wino niesamowicie eleganckie, bardzo miękkie i ułożone . Masz wrażenie jak byś pił passito , ale to nie passito tylko Taurasi 😉

DSC00062

To nie wino na co dzień, i na pewno nie dla pierwszego lepszego, który poprosi o nie ładnymi oczkami. To wino to dla specjalnego gościa, na specjalną okazje a na pewno na wyjątkowy dzień( historyczny może ).

Il Cancelliere robi niesamowite wina co już miałem się okazje przekonać na własnej skórze podczas Vinitaly na którym zresztą  otworzył mi kilka butli. Próbowałem Giovanico , kilka roczników Taurasi lecz Riservy niestety nie (i w sumie się nie dziwie). To nie wino na co dzień, i na pewno nie dla pierwszego lepszego, który poprosi o nie ładnymi oczkami. To wino to dla specjalnego gościa( znawce ), na specjalną okazje a na pewno na wyjątkowy dzień( historyczny może ). Ja otworzyłem to wino bo musiałem wiedzieć co mam w piwnicy ale na przyszłość ta pozycja będzie starannie użytkowana.

DSC00064

Oczywiście jak na takiej klasy wino dostępne jest jedynie w najlepszych restauracjach i wine-barach w naszym kraju. Obyście jeszcze trafili gdzieś na ten rocznik bo Taurasi Riserva 2008 zostało wypuszczonych na swiat jedynie 580 sztuk. Zyczę szczęscia. Salut

DSC_0639

W 2015 roku miałem okazje spędzić dwa tygodnie w Trydencie i z tego powodu postanowiłem trochę opisać swoje wrażenia na temat tego,  jakże pięknego regionu Włoch.

Jak zacząć od samego początku to przed wyjazdem do Trydentu starałem się znaleść trochę informacji , bo przecież to nie w moim stylu iść tak o sobie i szukać informacji na miejscu. Szukając trochę w internecie ( visittrentino), przewodnikach w księgarniach czy chociażby dopytując trochę  informacji od znajomych mniej więcej  wiedziałem czego mam się spodziewać. W skrócie wyobrażałem sobie Trydent jako krainę górską , gdzie króluje spokój, tradycja  i przyroda. Dużo się nie pomyliłem, bo  Trydent właśnie taki jest !!!Lecz niestety jednej rzeczy nie wziołem pod uwagę –  skali tego miejsca.

„…wyobrażałem sobie Trydent jako krainę górską , gdzie króluje spokój, tradycja  i przyroda. Dużo się nie pomyliłem, bo  Trydent właśnie taki jest !!!”

Jak rzucimy wzrokiem chociażby na google map to Trydent nie wydaje się tak na prawdę duży ( a jest ogromny ) i tak naprawdę miedzy jednym a drugim większym miasteczkiem jest co prawda średnio jakieś 20 km. Oczywiscie 20 km na autostradzie to nic ,lecz na krętych i stromych górskich dróżkach uwierzcie mi że to cała wieczność.

brunico moena

 

Pamietam właśnie ze podczas naszego wyjazdu  pomyslałem (głupio wtedy ) żeby ominąc autostrade i pokierować się górskimi drogami. Pomysłałem że fajnie będzie , bo widoki super, bo zobaczymy miasteczka itp. To był jednak nie za dobry  pomysł, szczególnie w moim przypadku. Z granicy austryjackiej  niedaleko Lienz kierowaliśmy się dość niezłą drogą do Bolzano, pózniej jednak  pomyślałem żeby  własnie skócić wszystko w Brunico i odbić na Corvarę a tam znów dalej w kierunku Moeny gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg.  Powiem tak  : z Brunico do Moeny bedzie coś ponad 100 km i tak naprawdę google maps pokazywał ze powinniśmy jechać jakieś dwie godziny , ale tak naprawdę jechaliśmy ponad 4 godziny. Dokładnie tak 100 km w 4 godzin co wychodziło średnio 25 km na godzinę( ale robiliśmy dwa postoje 15 min ).

„…20 km na autostradzie to nic ,lecz na krętych i stromych górskich dróżkach uwierzcie mi że to cała wieczność.”

DSC00127 DSC00126

To była moja pierwsza wpadka  w Trentino ,czyli to ze tutaj drogi są niezwykle kręte i niebezpieczne. Oczywiście dla mnie, jako kierowcę vana ( Mercedesa Vito ) nie za wygodnie  się jechało, ale znów innym jak np.  motocykliści mieli tutaj niezłą frajdę. Przez cały czas jak jezdziłem po tych górskich trasach z zazdroscią patrzyłem jak motocykliści mnie wyprzedzają i z utęsknieniem  czekają na następne „tornante” ( zakret o 180 stopni ) żeby znów się „położyć” jak to w ich slangu  . Dla nich  tornante   był elementem pożądanym, ja znów przejeżdzając ich ponad 300 w czasie   mojej przygody w Dolomitach miałem  ich  serdecznie dosyć.(No ale mój błąd , trzeba było wziąść 500 i tez bym zaszalał na tych dróżkach ale niestety wyszło jak wyszło.)

Ogólnie  narzekałem  na te drogi, ale z drugie strony to raj dla motocyklistów i nie tylko, bo można było spotkać również tu wiele sportowych samochodów ciągnącym pod górę z niezłym rykiem silnika  czy chociażby  wielu rowerzystów co stawiali sobie za cel niezłą górkę.

Nie było tak żle w sumie z tą jazdą, bo z czasem automatycznie nauczyłem się pokonywać zakrętasy dość łągodnie moim vanem, ale w przyszłości raczej bym chyba z niektórych tras zrezygnował bo były na prawdę na skraju przepaści.

W Dolomitach jeśli chodzi o drogi warto pamiętać ,że te wyjątkowo strome i kręte prowadzące zazwyczaj na jakiś szczyt,  który pewnie jest na wysokości ponad 2000 m n.p.m( bo tam  drogi własnie na takiej wysokości są) nazywają się „Pass0”. Jak jesteści motorem czy niezle zawrotnym samochodem to warto takich dróg szukać bo dadzą wam niezły wycisk adrenaliny. Jeśli znów wolicie spokojną jazdę to  lepiej  takich dróg unikać. Oczywiscie są miejsca jak Cortina gdzie tylko takimi passami dojedziemy na miejsce ,więc tak naprawdę wtedy nie mamy wyboru, ale w innych przypadkach warto dorzucić jakieś 30 km na innej trasie żęby być godzine wczesniej na miejscu  Druga sprawa jeśli znów trafimy  na takie passo to nieuniknione będą własnie tornanti.Trzeba na nich szczególnie uważać bo czasami są wyjątkowo ciasne i strome co wiele razy zdarzyło mi się ( szczególnie na początku ) je po prostu scinać zajezdzając na  przeciwny pas. Zazwyczja srednio jest ich od 15 do 30  . Ja własnie zjedzając z Corvary w Alti Badi  pamiętam że naliczyłem ich chyba 33. Fajne że każde tornante jest ponumerowany i jak będziemy zjezdzać przykładowo ze szczytu gdzie pierwszy tornante ma 33 nr to wiemy  tak na prawdę ile bedzie ich jeszcze czekało na nas na dole.

„…jeśli chodzi o drogi warto pamiętać ,że te wyjątkowo strome i kręte prowadzące zazwyczaj na jakiś szczyt,  który pewnie jest na wysokości ponad 2000 m n.p.m ( bo tam  drogi własnie na takiej wysokości są) nazywają się „Pass0″”

No dużo objechaliśmy tak naprawdę dróg kretych  w tym Trydencie  , ale mimo przelotnych nerwów i tak było warto   . Bedać na ponad 2000 km nad poziomem morza autem człowiek ma wrażenie jak by był na Giewoncie , z tą różnicą ze tu wsiadamy w auto i jedziemy dalej. Niewątpliwie najpiękniejszym miejscem który zdobyłem  samochodem była Corvara w Alta Badii. Na samej górze mimo ze na dole było ponad 15 stopni dalej lezał biały snieg O widokach nie wspomne bo były niesamowite , a najfajniejszą rzeczą oprócz widoków jaką pamietam to przydażyła się nam jak  zjezdzaliśmy ze szczytu, bo  swistaki przebiegały nam droge. Szczerze nigdy wczesniej nie widziałem swistaka , chociaż troche sie nachodziłęm  po Tatrach, lecz tu w Dolomitach niesamowicie łatwo na nie trafić i przechodzą przez drogę notorycznie jak u nas koty ;-).

„Niewątpliwie najpiękniejszym  miejscem który zdobyłem  samochodem była Corvara w Alta Badii.”

DSC00476

Zjezdzając powoli ze szczytu zastanawiałem się gdzie u nas w Tatrach są takie drogi i tak naprawdę jedyna która może sie równać z tym wszystkim to Oswalda Balzera prowadząca na Łysą Polane. To jeden z wielu argumentów które potwierdza skalę tego  miejsca, bo jeśli u nas mamy jedną trasę asfaltową  górską to tam jest ich ponad 30.

Pierwszego dnia dojechaliśmy niedalego Moeny w hotelu mieszczącym sie na passo San Pellegrino prowadzącym do Monte Civetta. Przyjechaliśmy póżnym wieczorem koło 23 , na szczęscie gospodarz mimo że spodziewał się nas o 18 czekał cierpliwie i ciepło nas przywitał. Zjedliśmy coś małego co nam uszykował i poszliśmy spać. Jutro czekała nas podróż piesza, mieliśmy dość samochodu (  zresztą niema się co dziwić po 15 h samochodem ;-), chcielismy poczuc prawdziwa aure tego miejsca spacerując po pięknych dolinach u stóp Dolomitów.

DSC00675