DSC_0639

W 2015 roku miałem okazje spędzić dwa tygodnie w Trydencie i z tego powodu postanowiłem trochę opisać swoje wrażenia na temat tego,  jakże pięknego regionu Włoch.

Jak zacząć od samego początku to przed wyjazdem do Trydentu starałem się znaleść trochę informacji , bo przecież to nie w moim stylu iść tak o sobie i szukać informacji na miejscu. Szukając trochę w internecie ( visittrentino), przewodnikach w księgarniach czy chociażby dopytując trochę  informacji od znajomych mniej więcej  wiedziałem czego mam się spodziewać. W skrócie wyobrażałem sobie Trydent jako krainę górską , gdzie króluje spokój, tradycja  i przyroda. Dużo się nie pomyliłem, bo  Trydent właśnie taki jest !!!Lecz niestety jednej rzeczy nie wziołem pod uwagę –  skali tego miejsca.

„…wyobrażałem sobie Trydent jako krainę górską , gdzie króluje spokój, tradycja  i przyroda. Dużo się nie pomyliłem, bo  Trydent właśnie taki jest !!!”

Jak rzucimy wzrokiem chociażby na google map to Trydent nie wydaje się tak na prawdę duży ( a jest ogromny ) i tak naprawdę miedzy jednym a drugim większym miasteczkiem jest co prawda średnio jakieś 20 km. Oczywiscie 20 km na autostradzie to nic ,lecz na krętych i stromych górskich dróżkach uwierzcie mi że to cała wieczność.

brunico moena

 

Pamietam właśnie ze podczas naszego wyjazdu  pomyslałem (głupio wtedy ) żeby ominąc autostrade i pokierować się górskimi drogami. Pomysłałem że fajnie będzie , bo widoki super, bo zobaczymy miasteczka itp. To był jednak nie za dobry  pomysł, szczególnie w moim przypadku. Z granicy austryjackiej  niedaleko Lienz kierowaliśmy się dość niezłą drogą do Bolzano, pózniej jednak  pomyślałem żeby  własnie skócić wszystko w Brunico i odbić na Corvarę a tam znów dalej w kierunku Moeny gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg.  Powiem tak  : z Brunico do Moeny bedzie coś ponad 100 km i tak naprawdę google maps pokazywał ze powinniśmy jechać jakieś dwie godziny , ale tak naprawdę jechaliśmy ponad 4 godziny. Dokładnie tak 100 km w 4 godzin co wychodziło średnio 25 km na godzinę( ale robiliśmy dwa postoje 15 min ).

„…20 km na autostradzie to nic ,lecz na krętych i stromych górskich dróżkach uwierzcie mi że to cała wieczność.”

DSC00127 DSC00126

To była moja pierwsza wpadka  w Trentino ,czyli to ze tutaj drogi są niezwykle kręte i niebezpieczne. Oczywiście dla mnie, jako kierowcę vana ( Mercedesa Vito ) nie za wygodnie  się jechało, ale znów innym jak np.  motocykliści mieli tutaj niezłą frajdę. Przez cały czas jak jezdziłem po tych górskich trasach z zazdroscią patrzyłem jak motocykliści mnie wyprzedzają i z utęsknieniem  czekają na następne „tornante” ( zakret o 180 stopni ) żeby znów się „położyć” jak to w ich slangu  . Dla nich  tornante   był elementem pożądanym, ja znów przejeżdzając ich ponad 300 w czasie   mojej przygody w Dolomitach miałem  ich  serdecznie dosyć.(No ale mój błąd , trzeba było wziąść 500 i tez bym zaszalał na tych dróżkach ale niestety wyszło jak wyszło.)

Ogólnie  narzekałem  na te drogi, ale z drugie strony to raj dla motocyklistów i nie tylko, bo można było spotkać również tu wiele sportowych samochodów ciągnącym pod górę z niezłym rykiem silnika  czy chociażby  wielu rowerzystów co stawiali sobie za cel niezłą górkę.

Nie było tak żle w sumie z tą jazdą, bo z czasem automatycznie nauczyłem się pokonywać zakrętasy dość łągodnie moim vanem, ale w przyszłości raczej bym chyba z niektórych tras zrezygnował bo były na prawdę na skraju przepaści.

W Dolomitach jeśli chodzi o drogi warto pamiętać ,że te wyjątkowo strome i kręte prowadzące zazwyczaj na jakiś szczyt,  który pewnie jest na wysokości ponad 2000 m n.p.m( bo tam  drogi własnie na takiej wysokości są) nazywają się „Pass0”. Jak jesteści motorem czy niezle zawrotnym samochodem to warto takich dróg szukać bo dadzą wam niezły wycisk adrenaliny. Jeśli znów wolicie spokojną jazdę to  lepiej  takich dróg unikać. Oczywiscie są miejsca jak Cortina gdzie tylko takimi passami dojedziemy na miejsce ,więc tak naprawdę wtedy nie mamy wyboru, ale w innych przypadkach warto dorzucić jakieś 30 km na innej trasie żęby być godzine wczesniej na miejscu  Druga sprawa jeśli znów trafimy  na takie passo to nieuniknione będą własnie tornanti.Trzeba na nich szczególnie uważać bo czasami są wyjątkowo ciasne i strome co wiele razy zdarzyło mi się ( szczególnie na początku ) je po prostu scinać zajezdzając na  przeciwny pas. Zazwyczja srednio jest ich od 15 do 30  . Ja własnie zjedzając z Corvary w Alti Badi  pamiętam że naliczyłem ich chyba 33. Fajne że każde tornante jest ponumerowany i jak będziemy zjezdzać przykładowo ze szczytu gdzie pierwszy tornante ma 33 nr to wiemy  tak na prawdę ile bedzie ich jeszcze czekało na nas na dole.

„…jeśli chodzi o drogi warto pamiętać ,że te wyjątkowo strome i kręte prowadzące zazwyczaj na jakiś szczyt,  który pewnie jest na wysokości ponad 2000 m n.p.m ( bo tam  drogi własnie na takiej wysokości są) nazywają się „Pass0″”

No dużo objechaliśmy tak naprawdę dróg kretych  w tym Trydencie  , ale mimo przelotnych nerwów i tak było warto   . Bedać na ponad 2000 km nad poziomem morza autem człowiek ma wrażenie jak by był na Giewoncie , z tą różnicą ze tu wsiadamy w auto i jedziemy dalej. Niewątpliwie najpiękniejszym miejscem który zdobyłem  samochodem była Corvara w Alta Badii. Na samej górze mimo ze na dole było ponad 15 stopni dalej lezał biały snieg O widokach nie wspomne bo były niesamowite , a najfajniejszą rzeczą oprócz widoków jaką pamietam to przydażyła się nam jak  zjezdzaliśmy ze szczytu, bo  swistaki przebiegały nam droge. Szczerze nigdy wczesniej nie widziałem swistaka , chociaż troche sie nachodziłęm  po Tatrach, lecz tu w Dolomitach niesamowicie łatwo na nie trafić i przechodzą przez drogę notorycznie jak u nas koty ;-).

„Niewątpliwie najpiękniejszym  miejscem który zdobyłem  samochodem była Corvara w Alta Badii.”

DSC00476

Zjezdzając powoli ze szczytu zastanawiałem się gdzie u nas w Tatrach są takie drogi i tak naprawdę jedyna która może sie równać z tym wszystkim to Oswalda Balzera prowadząca na Łysą Polane. To jeden z wielu argumentów które potwierdza skalę tego  miejsca, bo jeśli u nas mamy jedną trasę asfaltową  górską to tam jest ich ponad 30.

Pierwszego dnia dojechaliśmy niedalego Moeny w hotelu mieszczącym sie na passo San Pellegrino prowadzącym do Monte Civetta. Przyjechaliśmy póżnym wieczorem koło 23 , na szczęscie gospodarz mimo że spodziewał się nas o 18 czekał cierpliwie i ciepło nas przywitał. Zjedliśmy coś małego co nam uszykował i poszliśmy spać. Jutro czekała nas podróż piesza, mieliśmy dość samochodu (  zresztą niema się co dziwić po 15 h samochodem ;-), chcielismy poczuc prawdziwa aure tego miejsca spacerując po pięknych dolinach u stóp Dolomitów.

DSC00675

Gault & Millau Tour – Kraków 2015

Written on 22 września 2015, 08:53pm under swięta i nie tylko ,zwiedzając.....

Tagged with: ,

DSC_1243

Niedawno , bo 7 września miałem okazje być zaproszony na regionalne spotkanie najlepszych szefów kuchni według zółtego przewodnika Gault e Millau. Jak by ktoś nie wiedział czym jest Gault e Millau to odrazu powiem że lepiej się nie przyznawać, bo obok Czerwonego Przewodnika Michelin to jedno z najbardziej uznawanych przewodników kulinarnych na świecie. Gault e Millau zainicjował swoją działalność w Polsce dokładnie rok temu i można powiedzieć że od tamtej pory ostro  zabrał się  za nasz kulinarny polski bałagan . Tak naprawdę przed nim  nie było żadnego  przewodnika kulinarnego po Polsce  a jedynie na co mogliśmy liczyć swego czasu jako restauratorzy było uznanie wszechwiedzącej Magdy Gessler czy wysokie noty w popularnym  portalu kulinarnym Gastronauci.pl, który nie wiedzieć czemu nagle przestał istnieć.

Na szczęście  dziś mamy Gault e Millau który powoli staje się  autorytetem w dziedzinie kulinarnym w Polsce   i  moim zdaniem na pewno  nie z powodu zafascynowania że jest czymś nowym,  czy czymś czego nie było, lecz z oczywistego powodu, że odwalają swoją robotę tak jak  to się powinno  robić. Jeżdżą po całym kraju , degustują najróżniejsze dania ,  płacą za rachunki   i co najbardziej mi się podoba w tym wszystkim to fakt, że naprawdę znają się na rzeczy. Nie wiem oczywiście kim są ci tak zwani „inspektorzy ” i jak naprawdę wyglądają, lecz w sumie w ogóle mnie to nie obchodzi, dla mnie liczy się tylko fakt, że potrafią ocenić kompletnie danie   doceniając  tym samym zdolność kucharza, a to moi drodzy, nie każdy potrafi.

Wiele fajnych knajpek odkryłem dzięki żółtemu przewodnikowi Gault e Millau i  pewnie gdyby nie on, w moim  skromnym życiu, nigdy nie  byłbym w stanie ich odnaleźć, więc naprawdę duże brawa.

No ale wracając do mojego zaproszenia , jak wspomniałem wcześniej, Gault e Millau to poważne przedsięwzięcie, które oczywiście nie kończy się wyłącznie na ocenie restauracji  lecz również dąży do  kreowania kultury kulinarnej w Polsce . Taka kultura tworzy się w bardzo prosty sposób – przez wspólne spotkania  które rodzą nowe pomysły i  nauczają  .Gault e Millau Tour  własnie jest takim spotkaniem kulturowym,  gdzie wspólnie się poznajemy, wymieniamy doświadczeniami a pózniej przekazujemy wszystko   automatycznie do  naszej restauracji( bo w niej udoskonalamy się, wdrażamy to co się nauczyliśmy ).  Ostatecznie   cała ta wiedza zostaje przekazana naszemu gościowi a on również dalej będzie ją  dzielić ze swoimi znajomymi ( np . chwaląc sie jaką pyszną zjadł rybę ) i poserzał ją dalej nawet tym ludziom którzy w naszej restauracji jeszcze nie byli.Taka metoda bezpośrednia jest najbardziej skuteczna w kreowaniu kulinarnego raju i uwierzcie mi że 100 razy bardziej skuteczna niż oglądanie Top czy Master Chefa.

DSC_1259

No i właśnie wracając do mojego spotkania kulturowego   w tej edycji Gault e Millau Tour  muszę pochwalić się  że miałem okazje poznać Luize Trisno-  jedną z najbardziej znanej kobiety chef w Polsce.Na pierwszy rzut oka ma się wrażenie że ta drobna kobitka jest dość nieśmiała i spokojna lecz to tylko pozory ,bo za palnikami kuchenki zamienia się tryskającym energią wulkan. Jej kuchnia niewątpliwie zaskakuje  odważnymi akcentami jak np. seppia czy kiszony jarmuż, druga sprawa nie boi się eksperymentów a to oznaka że wie co robi ,więc  jak ktoś wie co robi to jest po prostu dobry i tyle! Jestem naturalistą, minimalistą i tradycjonalistą i mogę powiedzieć że jak do tej pory francuska i włoska kuchnia jest mi najbardziej bliska.  Wiem jednak że nie na tym świat się kończy i dlatego ciągle szukam nowych zaskakujących smaków . Niewiem czy kiedyś uda mi się wyjechać na daleki wschód ( bardzo bym tego chciał ) i tam poznać te niesamowita kulturę, ale jedno jest pewne – w Krakowie na ramen zawsze uderzę  do Raimen Girl of Yellow Dog.

Bardzo miło było również znów zobaczyć Piotra Reguckiego z Restauracji Corse. Znam kilu szefów kuchni ,lecz wierzcie mi że  bardziej utalentowanego od Piotra i również skromnego nie znam nikogo .Przyznam się bez bicia, że u Piotra nie miałem jeszcze okazji nic zjeść, lecz wiem na bank, że mega dobrze gotuje.  A to dlatego że z kim  nie  rozmawiam o dobrych restauracjach w Krakowie to zawsze pada słowo  Corse. I tak np  :

–  Gdzie jadłeś najlepsze Małże???

–  w Corse.

–  Gdzie jadłes najlepszą grilowaną Dorade???

–  W Corse.

– A krewetki najlepsze gdzie?

– oczywiście że w Corse 😉

I tak naprawdę mógłbym  bez końca pisać  o pysznościach jakie Piotr serwuje  swoim gościom  lecz myślę, że  lepiej będzie jak sami tam pójdziecie i sami się  przekonacie w czym rzecz .Zdradzę  wam jeszcze dodatkowo, że ja nie jestem fanem owoców morza i tak na prawdę wszystkiego co pływa i chodzi po dnie oceanu ,lecz słysząc że Piotr tak gotuje….. chyba jutro zarezerwuje stolik 😉

Miło było również na spotkaniu spotkać panią Wande  z Nowiny. Szczerze nie wyobrażam sobie wypadu do Krakowa bez kolacji w Nowinie.Ja wiem że teraz wszyscy lansują się że mają jeżyny z własnego ogródka, mięte z własnego ogródka a niektórzy nie powiem nawet co mają w tym ogródku, bo odrazu będzie obraza majestatu. Nowina tak naprawdę od zawsze miała swój ogródek i co najlepsze nawet swój kawałek lasu skąd zbierają swoje mega dobre owoce leśne. Robią swoje soki, powidła, syropy i nie żeby kogoś obrazić, lecz oni się tym wcale nie lansują, bo dla nich jest to po prostu normalne. Lubie ich podejście, ich staropolski styl i tak naprawdę to najstarsza restauracja którą znam  gdzie ciągle się o niej dobrze mówi, więc na pewno tu też warto zajrzeć.

Jesli mam powiedzieć szczerze z kim przegadałem najwiecej czasu to bez zastanowienia powiem, że  z  Robertem  z Chaty Wędrowca. Pewnie nie jeden go zna, bo Chata Wędrowca to jedno najbardziej dzikich a zarazem magicznych miejsc na południu Polski. Powiem szczerze że Robert to taki kucharz jakich w Polsce mało, bo znajdując się prawie na końcu świata,udało mu się prostą kuchnią przyciągnąc naprawdę dużą rzesze miłośników. Serwuje proste dania,lecz uwaga!!!!! Proste to nie znaczy że łatwe! Dobrą ogórkową zrobić  to też jest sztuka i na szczęscie ci z Gault e Millau doskonale o tym wiedzą. Jestem przekonany że Robert zajdzie bardzo daleko a kto wie czy za rok, czy za dwa, to on nie będzię nominowany na najlepszego kucharza kuchni tradycyjnej. Wierze  że tak będzie. 😉

DSC_1266

No my tu Robertem gadu gadu a tak naprawdę w między czasie na gali trochę się działo. Każdy z nominowanych szefów w swojej kategorii miał okazje zaprezentować swoje popisowe danie przed wszystkimi na żywo, więc było naprawdę widowiskowo !!!!! I tak własnie gotowali : Przemysław Błaszczyk  (Manana Bistro e Wine Bar) co został Szefem Jutra, Przemysław Bliski ( Pod Nosem )– Szef tradycji ,  Daniel Myśliwiec ( Zazie Bistro )-Młody talent,  Luiza Trisno ( Raimen Girl of Yellow Dog ) – Kobieta Szef i Marcin Filipkiewicz ( Copernicus ) co został odznaczony Szefem Roku. CONGRATULATIONS !!!!!!!

No fajnie było, lecz jak wszystko co dobre szybko się kończy. Ostatecznie nie zostało mi nic więcej jak jeszcze podziękować Gault e Millau za mozliwość poznania tak wspaniałych postaci polskiego świata kulinarnego. Obiecuje że ta wiedza na pewno nie pójdzie na marne .

Oczywiście należałoby również jak na kulturalnego człowieka przystało podziękować tym co mnie nakarmili i napoili więc jeszcze podziękowania dla:

Makro– duże brawa za odwagę, mało kto by się odważył zapiec oscypka na ostrydze ;)Zjadłem, doceniłem, lecz znacie mnie, wole ostrygę  zjeść osobno i osobno oscypka ;-)Pozdr dla Pana Piotra;-)

Martell– całą imprezę nawet nie wiecie jak bardzo żałowałem że nie mogłem się napić tych waszych eliksirów (  byłem samochodem), ale po powrocie do domu odrobiłem straty 🙂

Nespresso– nie pamiętam czy piłem nr 11,12 czy 13 ….?A może i wszystkie trzy….?Bądź co bądź wszystkie dobre 😉

Maurer– nie lubię mówić ze coś jest najlepsze, lecz z całym szacunkiem do innych tłoczni , wasz sok śliwkowy jest NAJLEPSZY

 Callebaut – macie zbyt dobrą czekoladę . W połowie imprezy kiedy znalazłem chwile żeby was odwiedzić,  okazało się że wasze stanowisko jest już wysprzątane  na dobre.Niesprawiedliwe 🙁

Siemens – jak będę szukać nowego mieszkania , to na pewno z kuchnią w technologii Siemens.

Mumm– zawsze jak wygrywa Vettel, mam ochotę napić się waszego Szampana

No ok. Dość pisania i czas do spania. Kończę tak dzisiaj nietypowo, za tydzień będzie również wyjątkowo (ale mi sie zrymowało ;-)). Pozdr Chef

DSC_1255

 

 

DSC_0545

Będąc na urlopie często się zastanawiamy czy jeść w restauracji hotelowej czy może lepiej uderzyć do miejscowych knajpek położonych w centrum miasta . Jest to nie mały delemat nad którym zwyczajowo wybieramy wyjść poza hotel z powodu że  ” głodni ” jesteśmy odkryć coś nowego  widząc tym samym   jak kreci się zycie po za nim.

Oczywiście bywają hotele które znajdują się na totalnych odludziach i wtedy nie mamy wyboru, lecz w takim Zakopanym wszyscy chyba woleliby uderzyć na kolacje wieczorem do tętniącego życiem centrum miasteczka nim zostać w swoim spokojnym hoteliku.

Myśle że wszystko zależy co kto szuka, bo dobrego jedzenia w parze z dobrą ceną w hotelowej restauracji raczej się nie szuka , z drugiej strony w takich miejscach liczy się wykwitność, spokój no i przede wszystkim nowe wrażenia smakowe. Elegancja  obsługi, zdolny i kreatywny kucharz no i oszałamiający smak w daniach którego nigdy nie doświadczyliśmy, to jest podstawa dobrej hotelowej restauracji na wysokim poziomie.

Kilka dobrych lat temu pamietam jak Litwor ( Restauracja Koneser ) był na szczycie najlepszych restauracji w Zakopanem. Wszyscy zachywcali się kuchnią tego miejsca i w sumie się nie dziwie. Mieli genialne Carpaccio, Kaczkę i obłędny Suflet czekoladowy. Pożniej otworzyło się Mare Monti w Grand Nosalowym gdzie  hotel postawił na włoską kuchnię. Sprowadzili włocha który gotował w gwiazdkowej restauracji i miał być głową tego miejsca lecz widocznie w tym miejscu ta formuła nie poszła bo szefem kuchni został niebawem ktoś inny a włocha postawili na środku sali jako showmena  gotujac makaron  w trybie live cooking.   Jeśli dalej mówić o znanych restauracjach hotelowych na Podhalu to nie można zapomnieć o Sylwestrze Lisie , fusionalisty podhala. To on odważył się zrobić kwaśnice ma wywarze z  raków czy maczać bryndze w occie balsamicznym. Jest na pewno najbardziej rozpoznawalną twarzą na podhalu szkoda tylko  że mimo wielu starań  marketingowych Hotelu Bukoviny i również samego Szefa,  restauracja hotelowa Morskie Oko nie cieszy się tak dużym zainteresowaniem wsród tubylców i turystów jak by się spodziewano.

No jest troche tych hoteli i w sumie można by wymienić  jeszcze Belvedere za czasów Lelka  , który to ów człek miał prestiż   gotować dla samego prezydenta Kwaśniewskiego. Zal mi teraz że otworzył firme cateringową która gotuje dla mas.

DSC_0543

Wyżej wymienione restauracjie to chyba te najbardziej popularne na Podtarzu ale jest jeszcze warta uwagi  o której się zawsze mało  mówiło, mowa oczywiście o restauracji Hotelu Crocus. Kiedyś gotował tu młody i zdolny Sebastian Krauzowicz który nie wiedzieć czemu wyjechał do Torunia otwierając autorską Sfere w Hotelu Copernicus. Trochę szkoda mi było że opuścił nasze Zakopane, bo wiele dobrego się o nim mówiło lecz serce widocznie nie sługa a pierniki pewnie lepsze  od naszych oscypków.  Po odejsciu Krauzowicza szczerze byłem przekonany że Crocus straci na jakości lecz  tu jednak miła niespodzianka, nie dość że się nie popsuło to się jeszcze polepszyło.

To wszystko za sprawą Daniela Bzdyka o którym nie wiele wiem, lecz w sumie wystarcza mi tylko tyle że gotuje naprawdę bardzo dobrze. Miałem okazje jesć w Crocusie jakiś czas temu i naprawdę wszystko bardzo mi smakowało. Dużo tutaj lokalnego produktu i szczerze w Crocusie jadłem najlepszą jagnięcine forever.

Wystrój  restauracji bardzo przyjemny, elegancki i bez tych zdędnych regionalnych elementów. Jedynie co tutaj przypomina że jesteśmy w górach to widok z restauracji na lasy  Chałubiśkiego  no i te przepiękne obrazy na scianie przedstawiające oczywiście krokusy. Sala choć duża i przestronna jest naprawdę bardzo nastrojowa i co najwazniejsze nie ma  tego co np. w Bukowinie, czyli  wrażenia jak by się było na hali sportowej. Kelner niestety  był  tylko jeden co również pełnił funkcje  barmana przy lobby bar ( zdecydowanie za mało !!!! ), bardzo życzliwy i profesjonalny odrazu powitał jak trzeba i wskazał nam stolik . Jeśli przejsć do tego co najwazniejsze, czyli do jedzenia ,to menu w  Crocusie mamy naprawde bardzo bogate. Znajdziemy wiele dań kuchni międzynarodowej lecz nie brakuje również tego co polskie a również i tego co góraskie. Dla przykładu zjemy tutaj bardzo dobrego oscypka z żurawiną, tradycyjna goloneczkę czy wspomnianą wyżej przepyszną jagnięcine.

Dania wychodzą w miare szybko jak na polskie standardy i co najważniejsze ciepłe co w hotelach uwierzcie mi że jest dużym problemem. Niestety stoliki sprzydałyby się troche większe bo cięzko cokolwiek pomiescić na 60 cm stoliczku gdzie jeszcze trzeba zrobić miejsce na cooler, kieliszki no i te olbrzymie talerze z pięknej porcelany.Troche żle mają rozwiązane również sprawę połaczenia kuchnia – sala, bo kelner za każdym razem jak zanosił i odnosił nam talerze musiał pokonać dość wąskie  drzwi które musiał otwierać łokciem, no ale i tak dość sprawnie mu poszło.

Co do jedzenia skusiliśmy się na wiosenne smaki , bo jak to bywa w dobrych restauracjach menu zmienia się wraz z sezonowoscią produktu a akurat mieliśmy wiosne. Polecam chłodnika z botwinką z pysznym kozim serem , naprawdę duża dawka odswiezającego smaku. Dobra była również zwykła sałatka ala Cesar i pewnie to nie jest danie które jakoś wielce zachwyca ale jak byśmy mieli ochote tylko na sałatke to w Crocusie również i to dostaniemy smacznie. Oczywiście klu programu to dania główne i przede wszystkim po to warto się wybrać do tego miejsca. Jedliśmy bardzo dobrego pieczonego halibuta lecz nr 1 dla mnie w tym miejscu zostaly i tak kotleciki jagnięce. Miękkie, ugotowane na różowo no i przede wszystkim bardzo aromatyczne. Często się zdarza że mieso z jagnieciny jest płaskie czyli bez smaku. Tutaj widać że jagniecina została dobrze doprawiona i przygotowana tak żeby nie utraciła swych cennych  soków. Na koniec karta z deserami była bardzo obiecująca lecz niestety miejsca nie starczyło i zdecydowaliśmy sie jedynie na pyszne robione na miejscu sorbety owocowe i warzywne.

Podsumując było pysznie i przyjemne. Ceny nie są wygórowane jak w innych hotelach zakopianskich a mało kiedy w ogóle w Zakopanym jadłem tak dobrze. Crocus niewątpliwie oznaczam na mojej mapie kulinarnej Pohala i polecam każdemu poszukującym smakowitych doznań pod Giewontem. 😉

DSC_0548

 

 

IMG_20150415_212742

Niedawno  wykorzystując wolny czas (bo przecież juz jesteśmy po sezonie) , postanowiłem wybrać się na mini urlop nad polskie morze. Teraz może niema rajskiej pogody lecz nie na tym mi zalezało ,lecz bardziej na spokoju i relaksie.

Oczywista sprawa musiałem też sprawdzić jak sie  ma tam sprawa kulinarnie i dlatego pierwszą rzeczą jaką zrobilem podczas pakowania walizki ,bylo upewnienie się że mam przy sobie przewodnik kulinarny Gault e Millau.

No i tak mając to co najważniejsze do podróży, wyruszyłem wraz z moją Mary wzdłuż Polski żeby dojechać do Gdyni gdzie w malowniczej i spokojnej dzielnicy Orłowo mieliśmy zarezerwowany hotel.

Tego samego dnia odrazu po przyjeżdzie ( koło godziny 19- jechaliśmy 9 godzin z Zakopanego- srednia predkość 85 km/h )  uderzyliśmy odrazu nad piękne molo w Gdyni które  jest niezwykle malownicze a wieczorkiem oczywiście ruszyliśmy  do mega sławnej Sztuczki ( 14,5 pkt G&Millau szef kuchni Rafał Wałęsa ) która mieściła się niedaleko  centrum miasta .

Dokładnie lokal miesci się na głównej arterii łączącej Gdynie, Sopot i Gdańsk i z drogi jest niewidoczny lecz Gps nakierował nas tam gdzie trzeba bylo i po zaparkowaniu samochodu juz bylismy kilka minut od restauracji.

Pierwsze wrażenie :Restauracja malutka, chyba z 8 stolików dość ciasno ale klimatycznie. Zaranżowane bardzo gustownie i minimalistycznie czyli tak jak lubie. Karta dań dość krótka lecz bardzo dobrze zbudowana, więc każdy na pewno znajdzie coś dla siebie. Ciekawie prezentuje się też karta win która ułożona jest szczepami co rzadko się zdarza . My wybraliśmy dwie przystawki i dwa danie główne ale szczerze gdyby nie fakt że jesteśmy zmęczenie po podróży i jeden jest kierowcą, bez wątpienia skusilibyśmy  się na menu degustacyjne wraz z dobranymi winami które było naprawde w super cenie.

DSC_0443Lokal bardzo wykwintny i to widać było po profesjonalnej obsłudze , klientach ( my byliśmy jedyni nie pod garniturem )no i oczywiscie daniach.Wszystie dania było widac że są bardzo dobrze przemyślone i pod względem estetycznym i smakowym. Szef Kuchni powiem szczerze że bardzo odważny bo mało znam takich miejsc że pozwalają sobie na takie pionierstwo smaków( szczerze to teraz przypomina mi się jedynie Tamka 43 ). Oczywiscie dania na wysokim poziomie lecz co do niektórych połączeń sie nie przekonałem , ale to nie mnie oceniać. Jadłem mus z koziego sera i był bardzo delikanty i serowy, szkoda tylko  że nie pachniał takim typowym  kozim zagrodowym ale z drugiej strony może lepiej tak, bo tak intensywny zapach mógłby postraszyć resztę eleganckich siędzących obok mnie gości ;-). Polędwica wołowa poraz pierwszy raz w Polsce udało mi sie otrzymać tak jak chciałem czyli prawie surową ( al Blue ) ,może się wydawać śmieszne lecz cięzko o takie rzeczy u nas w Polsce.Desery były bardzo ciekawe a najlepsza niespodzianka była na końcu , czyli rachunek .Za całośc czyli: dwie przystawki poprzedzone dwoma czekadełkami, póżniej dwa dania główne i dwa desery  ( aha i jeszcze butelka dobrego białego wina )zapłaciliśmy jedynie niecałe 300 zł. Nieżle co???;-) . Zwykle restauracja na takim poziomie bez 500 zł  nie podchodz, ale tu w Sztuczce miła niespodzianka.

Dalej zostając w Gdyni musieliśmy wpaśc koniecznie do Tłustej Kaczki ( 11,5 pkt G&Millau szef kuchni Tomasz Mrozik )  . Dużo o niej slyszeliśmy od naszych gości z Pomorza więc nawet nie czytając zółtego przewodnika byłby to obowiązkowy punkt do odwiedzenia. Dużo słyszelismy dobrego lecz niestety  i złego, bo wielu mówilo nam że teraz jest Ok ,ale swego czasy było po prostu super. Nie zastanawiajac sie wielce drugiego dnia wyruszyliśmy do Tłustej Kaczki sami sprawdzić sytuacje( miesci się po za centrum , koło pola golfowego ). No lokal robi duże wrażenie i z zewnątrz i wewnątrz . Mało kiedy zwracam uwagę na wystrój restauracji lecz tutaj jest po prostu bosko . Surowe drewno, kamień ciosany i dość duże oszklenie robią z Tłustej Kaczki mega przyjemną restauracje. Dużo tutaj światła padającego z pola golfowego obok i naprawdę bardzo przyjemnie  patrzy się na tą zieleń z wnętrza restauracji.

W Tłustej Kaczce oczywiście nie mogłem nie zamówić kaczki która okazała się wyborna. Była idealnie soczysta i też troche krwista ,czyli tak jak lubie. Dochodze do wniosku że na północy Polski wiedzą jak się powinno podawać mieso i wcale krew żle nie świadczy o daniu lecz odwrotnie. Pierś z Kaczki lekko podwędzana była bardzo dobra niestety ten cały warzywny dodatek dookoła mi nie smakował, ale co zrobić;-). Na przystawke zapomniałem dodać że jadłem pyszny Rostbeff na zimno z sałatką a fajną rzeczą  w tej restauracji jest zimny bufet z którego możemy skorzystać czekając na dania główne. Porcje w Tłustej są naprawde duże, więc przystawka i danie główne nie pozwoliły nam na desery z czego bardzo niestety pózniej  załowaliśmy . Podsumując Tłusta Kaczka to bardzo ciekawe miejsce i smaczne. Duży plus  zasługuje wystrój lokalu i ta pierś z kaczki która naprawde była pyszna.

Kolejnego dnia wybraliśmy się na Tour po Gdańsku. Zwiedziliśmy go dość konkretnie bo chodziliśmy po wszystkich uliczkach no i naprawde było super. Oczywiście od tego chodzenia odrazu zgłodnieliśmy, wiec to znów otworzylismy nasz ulubiony przewodnik Gault e Millau i zaczeliśmy czytać. W przewodniku zaintrygowały nas 3 pozycje : Targ Rybny, Fellini i  Mercato. Zdecydowaliśmy się na Targ Rybny ( 11 pkt G&Millau szef kuchni Sławomir Hahn ) bo mieliśmy ochote na ryby a nazwa restauracji dobrze prosperowala.  W sumie to był trafiony wybór i od razu powiem że to mój numer jeden z całego wyjazdu .A dlaczego?

Hmmm… Powiem tak . Tłusta Kaczka, Sztuczka , czy Grono di Rucola ( o której napisze za chwile )były to miejsca gdzie zjadłem naprawdę smacznie, w bardzo dobrej atmosferze lecz żadne ich danie nie powaliło mnie na kolana tak jak Dorsz w Targu Rybnym. A co to znaczy ? To znaczy że to danie tak mi smakowało że zapamietam je do końca życia. Będzie mi się śniło po nocach , za każdym razem jak zobacze Bałtyk a szczególnie za każdym razem jak zobacze rybę. Jak dostane innego dorsza w innej restauracji który jest dobry lecz nie aż tak( jak w Targu Rybnym )to przypomne sobie zawsze tego dorsza z Targu Rybnego ( niestety ) i po prostu stwierdzę że ten co dostałem teraz jest po prostu do kitu.

No ja już tak  mam i jedno danie zaważyło w sumie nad wszystkim ( począwszy od obsługi, po cenę)  Tak naprawde tylko ten dorsz w Targu był genialny , bo ich wersja Bouillabaise (zupa rybna z której słyną) była zwyczajna ( jak wszędzie indziej ). Dużo ryb , ciepła bagietka  lecz jeszcze trochę za mało smaku tego morza ( może nie odparowali całość wystarczająco długo ).

Podsumując Targ Rybny ,tego dnia  wróciłem do hotelu super szczęsliwy i w sumie nie tym że zwiedziłem cały Gdańsk  od podszewki ( naprawde piękne miasto ), lecz tym że zjadłem tego przepysznego dorsza,

Ostatni dzień uderzyliśmy do Sopotu. Chyba najbardziej spokojne miasto z Trójki i na pewno najbardziej opętane  włoską pseudo kuchnią. Restauracji pseudo włoskich nie idzie zliczyć na palcach dwóch dłoni a nie mówie już o włoskich sklepach z odzieżą i kawiarniach.  No po prostu taka mała Italia 😉. Gault e Milllau poprowadził nas jednak z dala od centrum a dokładnie w okolicy stadionu. Tam mieści się Grono Di Rucola  ( 11,5 pkt G&Millau szef kuchni Marcin Kowalski ). Restauracja ulokowana jest  w chacie drewnianej naprzeciwko stadionu z naprawdę ciekawym wnętrzem. Dużo tu zielonego i na zewnątrz a szczególnie  w środku w postaci ziół zasadzonych w drewnianych skrzynkach po winie. Lokal można powiedzieć że w  odróżnieniu od 3 wczesniej wymienionych restauracji charakteryzuje sie bardzo lużną atmosferą. Kelner bardzo kontaktowy odrazu polecił nam to co jego zdaniem jest najlepsze i  chodz zmieniali menu nie dawno to i tak udało mi się dostać słynną kaczke z jabłakami która tu jest tradycją. ( miałem szczescie bo akurat mieli w sobote impreze i kucharze zrobili kaczke na specjalne zamówienie )Ja przed kaczką zamówiłem  proste jajko na pieczonych ziemniakach i niby to proste danie lecz mało kto w restauracji zrobi go smacznie. Moja przystawka był naprawde dobra i rzeczywiście jak podkreslał kelner smakowała tak jak babcine danie. Po przystawce nadszedł czas na kaczkę która była Super. Miekkie mięso rozpływało sie w ustach lecz najlepszy był sos jabłkowy ze świeżo smażonymi jabłkami które w połączeniu z kaczką były mega dobre. Danie było bardzo dobre , jeżeli się czepiać to tylko samej kaczki, która konsystencją była bardzo dobra lecz może brakowało tego akcentu jabłkowego w samym mięsie ( może dobrym pomysłem byłoby by ją  zostawić w tym sosie jedna noc do zamarynowania 😉 )Na deser skusiliśmy się na tarte czekoladową która idealnie swoją gorzkoscią wytrąciła nam smaki z poprzednich dań głównych. Podsumując bardzo fajna restauracja i co załważylem właściciele mają również inne restauracje w Trójmieście więc warto popróbowac, skoro w jednej tak dobrze karmią 😉

Na koniec nie ma co tu dużo się rozpisywać , bo  w sumie to chyba jeden z moich najdłuzszych wpisów na blogu    ( 1443 słów ;-)). Wyjazd nad polskie morze uważam za udany. Pozdwiedzałem ( co na pewno jeszcze coś napisze ), po odpoczywałem i co najważniejsze dzięki Gault e Millau również dobrze zjadłem. Gdyby nie przewodnik pewnie trafiłbym tylko do Sztuczki i Tłustej Kaczki a dzieki niemu odkryłem również dwie inne perełki z czego w jednej Dorsza zapamiętam na wieki. Do nast Chef

DSC_0478

 

ENOEXPO 2014 – KRAKÓW

Written on 6 listopada 2014, 09:09pm under zwiedzając.....

Tagged with: ,

DSC_0145

Jak co roku i tym razem ( wykorzystując wolną środę ) wybraliśmy się na targi Enoexpo w Krakowie. Jest to jedna z niewielu okazji aby zdegustować kilka wyjątkowych win w jednym miejscu poznając tym samym dużo ciekawych ludzi.

Na wstępie warto podkreslić że targi w tym roku na szczęcie odbywają się na Galicyjskiej w nowym budynku Expo. Jest tu o wiele więcej  miejsca niż na Centralnej   no i już nie trzeba parkowac samochodu pod M1  z powodu że  przed budynkiem jest wystarczająco duży parking .

Oprócz Enoexpo oczywisćie są również targi HORECA,  GASTROFOOD czy SPA lecz niewątpliwie z uwagi na wystawców najbardziej interesujące jest ENO,

My odrazu na początku wybraliśmy się na stoisko interesującego importera naturalnych win czyli KRAKO SLOW WINE .  Ciekawiło mnie szczególnie jedno z ich win a dokładnie Tokaj z winnicy Pendits. Wygrało ostatnio medal w Gran Prix Magazyn Wino a po za tym słyszałem że jest naprawde niezłe.  Pendits nie dośc że genialne wino to koniecznie trzeba podkreślić że całkowicie BIODYNAMICZNE. Jest to bardzo naturalna winnica gdzie nie bez przypadku znajduję się w ofercie super naturalnego importera z lipowej 6 f. Malo kto naprawde dzisiaj jeszcze nawozi winnice konskim łajnem a dodatkowo wychodzą mu tak dobre wina. Tokaj Szamorodni który piłem był jak nektar. Bardzo miodowy i wyjątkowy gęsty.Niestety nie zaproponowano na więcej win do degustacji i my tym samym nie chcieliśmy naciskać więc wybraliśmy się w poszukiwaniu następnych nektarów 😉

Kolejno udało nam się znaleśc przesympatyczną Panią gruzinkę z genialnymi winami od Shuchmanna. Co prawda nic sie ta pani nie zmieniła przez rok a Schuchmann tak samo, jak robił genialne Kindzmarauli tak dalej robi (to samo z moim ulubionym Kisi z Anfory.)

Dalej spotkaliśmy Pawła z Rafa Wino który tym razem reprezentował głównie tokajskich producentów. Piliśmy genialne tokaje z różnych szczepów od DEGENFELDA. Uważam że to jedna z ciekawszych winnic jeśli mowa o tokaje wytrawne. Niewiarygodny owoc i cena powodują że chyba sobie kupie kilka kartonów wyłącznie dla mnie bo wina naprawdę bardzo dobre.

Piliśmy u Pawła również bardzo dobre late Harvest czyli póżne zbiory od Nobilisa i Grand Selection  które porównywalne sa do Tokaj Aszu z tą różnicą że są o wiele tańsze. Polecam sie wybrać na to stanowisko bo naprawdę warto jeśli kochacie Tokaje.

Następnie ruszyliśmy do Wine Fashion Dzibi Bis. Znaliśmy importera bo kiedyś zaopatrywał nas w genialne Lambrusco lecz dzisiaj nas zaskoczył czymś hiszpańskim a dokładnie  z Sherry. Posiadają w swojej ofercie bardzo dobre SHERRY w różnych wariantach ( czyli od wytrawnego po mega słodkiego ). Bardzo ciekawa propozycja tego wina wzmacnianego które u nich naprawdę ma kuszącą cene a druga sprawa jest naprawde dobry. Polecam szczególnie spróbowac sherry Pedro XIMENEZ który jest robiony z rodzynkowych gron. Oprócz Sherry warto spróbować również pozycje od THUMMERER a szczególnie bardzo dobrego Caberneta Sauvignon.

Po Wine Fashion myśleliśmy że uderzymy jeszcze do KOBIETY I WINO lecz akurat straszny był w tym momencie tłok w tym sektorze więc odpusiliśmy.Na koniec jednak przed powrotem do domku nie mogliśmy nie odwiedzić Chiare i Massima z Del Duca. Dali nam spróbować genialne sery z CASEARIA i również mega smacznej Mortadelli.Od niedawna mają równiez super babki swiąteczne z różnymi nadzieniami mmmmm…. ale pycha 😉

Po takich frykasach nie zostało nam nic więce jak wracać do domku. Na szczęscie halny już nie wieje i w Murzasichlu wrócił spokój.Pozdr Chef

Dyniowy Raj.

Written on 20 października 2014, 12:06am under zwiedzając.....

Szukacie dobrych dyń do zup, kremów czy ciast? Najbardziej popularna odmiana dyń która jest dostępna w każdym chyba warzywniaku na świecie to słynna Halloween. Ładnie wygląda , lecz tu  konczą się zalety tej dyni . Dynia musi być słodka i co najważniejsze wyrażna w smaku a nie wodnista jak właśnie  H-ween.

Nie każdy wie lecz gatunków dyń jest multum ( ponad 200 ) a mnie ciekawi zawsze dlaczego wszyscy sprzedają zawsze te najmniej smaczne. Może najłatwiej jest je  wychodować i sprzedać z dobrym zyskiem lecz moje pytanie kto to kupuje ? Bo przecież z takiej dyni nic dobrego nie wyjdzie.( jedynie fajny lampion się zrobi ;-))

DSC_0055

Na szczęszcie niedaleko Krakowa jest miejsce gdzie oprócz paskudnej Halloween znajdziemy i te dobre odmiany ( szczególnie jeśli mowa o  jedzeniu ) . Miejsce znalazłem przypadkowo czytając wypowiedzi na forum kilka osób które chwaliły miejsce pod względem różnordności dyni i nie zastanawiając się dwa razy skontaktowałem się z właścicielem sklepiku czy przypadkiem nie mają również w ofercie  moją ukochaną dynie Marina di Chioggia. Okazało się że tak.

DSC_0062

Powiem szczerze że nie liczyłem na taką odpowiedz lecz jak się póżniej  okazało właścicielka podchodzi profesjonalnie do sprawy, bo nie dość że posiada Marine to również wiele innych międzynarodowych gatunków dyń jak np japońskie hokkaido , francuskie muskaty czy niewiarygodnie popularną spiżową z Ameryki. 

Ten przydrożny sklepik miesci się w Wawrzeńczycach niedaleko królewskich Niepołomic. Jadąc  z Krakowa widać że to region rolniczy, mnóstwo tu namiotów, pól i sklepów specjalistycznych z nasionami czy narzędziami rolniczymi.  

Po drodze do „Jedynie” , bo tak się nazywa ten raj dyniowy , jest oczywiście wiele innych sprzedawców dyń lecz żaden nie ma tak bogatej oferty.Mają ponad 90 gatunków dyń a oprócz tego sprzedają również prapryczki i inne ciekawe rzeczy jak np Tykwy ( tak jeśli ktoś by np chciał mieć orginalną lampe w pokoju 😉

DSC_0061

Miejsce bardzo mi się spodobało i polecam je każdemu który kocha dynie tak jak ja. Dla tych co za bardzo nie znają się na gatunkach  proszę się nie martwić bo na stronie są doskonałe opisy gatunków które również dostępne są na miejscu w formie  tabliczki przy kazdym rodzaju dyni. ( a jeśli to nie pomoże to właściciel bardzo uprzejmy również chętnie doradzi która jakie ma właściwości.)

Nadszedł dyniowy czas . Jeśli teraz nie zjecie dobrą dynie to już dopiero za rok będziecie mieli szanse. Pozdr Chef

DSC_0065

Ed Red Kraków

Written on 23 lipca 2014, 05:08pm under zwiedzając.....

Tagged with: , ,


ed red

www.edred.pl

Czy to nie dziwne ze najlepszy kucharz w Polsce prowadzi steak house? Oczywiście ze tak!  bo biorąc pod uwagę co Adam Chrząstowski potrafił zrobić w Ancorze to grilowanie kilku rodzajów mięs wydaje się trochę takie małostkowe dla takiego mistrza. Lecz dzisiaj niestety takie są czasy. Ludzie bardziej lubią chodzić do miejsc gdzie się je prosto, nie drogo i przede wszystkim szybko.

Kiedyś wypad do restauracji był rzadkością lecz jak się już poszło to  się nie patrzyło na ceny. Dzisiaj już tak nie jest. Do restauracji się chodzi prawie codziennie i ludzie z tego powodu liczą się z pieniędzmi.

Z tego również względu podązając za rynkiem jaki jest dziś  powstał Ed Red. Na pewno trochę szkoda ze Adam opuścil Ancore bo tam bardziej go widziałem w roli szefa kuchni a po za tym czuje że to byłoby tylko kwestia kilku lat żeby dostać gwiazdkę i tym samym zapewnić sobie pozycje w Krakowie. Zresztą sledze Chrząstowskiego od kilku lat i szczerze nie rozumiem dlaczego to on nie dostał pierwszej gwiazdki Michelin bo przecież to Adam zawsze promowal Made in Poland, no ale to temat na inny wpis.

No ale wracając do kwestii Ed Reda , bylem tam dwa razy i smakowało mi wszystko lecz pytanie czy to pójdzie. W Ed Redzie je się po prostu mięso , nie byle jakie bo selekcjonowane przez szefa Adama ze sprawdzonej hodowli i dodatkowo sezonowane w specjalnej szafie.

Doceniam to wszystko lecz czy zwykły Kowalski  też to doceni? Czy ludzie są przyzwyczajeni na widok surowego mięsa dojrzewającego przed wejściem do lokalu?

Formuła tego miejsca moim zdaniem jest trochę ryzykowna bo niby to steak house lecz na bardzo wysokim poziomie, a to za sprawą szefa, produktów i miejsca ( prawie rynek Krakowa ).

Zwykły zjadacz steaków wchodząc do takiego miejsca może by się spodziewał znaleśc duży lokal zawsze zapełniony po brzegi z kucharzami stojącymi za grilem mocno wydziaranymi i co lepsza jeszcze z bandaną na głowie i kolczykiem w uchu. Duże porcje jedzenia za małe pieniądze no i oczywiście szybko podane od razu po zamówieniu.

Ed Red taki nie jest. Tutaj jest mało miejsca jak na ten klasy lokal z tanim jak na tą jakosć jedzeniem lecz dla wielu moze również byc i za drogo ( za steka z dodatkiem można zapłacić 60 zł). Kucharze są zadbani i jak to sie mówi nie „widać zeby w kuchni rzucano mięsem” tylko jest pełna kulturka. Na jedzenie trochę się czeka , a porcje w sumie nie są bardzo duże jak by to się człowiek spodziewał.

Ostatnio widziałem że wprowadzili ofertę lunchową tak dla urozmajcenia. Moze i to dobrze , bo ludzie są zawsze ciekawi czegoś nowego lecz może i żle, ponieważ takie miejsce  powinno kojarzyć się wyłącznie z dobrym mięsem a nie z jakąś sałatka czy chłodnikiem.

Czekam co dalej będzie w Ed Red i mam nadzieje że się rozkręci na dobre tak że będzie ulubionym miejscem na kulinarnej mapie Polski wsród mięsożerców.

Dla zainteresowancych lokal położony nieopodal rynku na ul Sławkowskiej. Ja jadłem wyborny Antrykot Sezonowany lecz polecam również grzanki z podrobami które szczególnie mi posmakowały. Pozdr Chef  

 

Szczawnica Kraina Spokoju

Written on 12 czerwca 2014, 11:02pm under zwiedzając.....

Tagged with: ,

Kto by pomyślał że niedaleko zatłoczonego i pełnego chałosu Zakopanego istnieje takie miejsce jak Szczawnica. Przepieknę, spokojne i przedewszystkim zdrowe bo to uzdrowisko. 

DSC_0026_7

Z Zakopanego do Szczawnicy to niecałe 60 km i jakieś półtora godziny jazdy samochodem. Szczerze powiem że po cieżkim weekendzie kiedy naprawde mocno się napracowalismy nic bardziej nie regeneruje jak dzień spędzony w Szczawnicy. Mój sposóbna na relaks  to własnie taki żeby przyjechać tutaj do Szczawnicy , pochodzić po parkach czy promenadzie , napić się troche wód leczniczych a wieczór spędzić w arcyciekawych lokalach przy butelce dobrego wina. 

DSC_0037_5

Szczawnica dziś wygląda rewelacyjnie i myśle że duża zasługa zależy od rodziny Mańkowskich , którzy ją odbudowali po wojnie na nowo. Takie piękne miejsca jak Dworek Gościnny, Cafe Helenka czy pięciogwiazdkowy Modrzewie Park Hotel to właśnie ich pomysł. Mozna po za spokojem również znaleść rozrywke bo często sa tu organizowane różne imprezy jak np co tydzień  wieczorki taneczne, muzyka na żywo czy znane kabarety. 

DSC_0039_6

Grupa Thermaleo ( rodzina Mańkowscy ) zrewitalizowała również obiekty uzdrowiskowe i najważniejsze miejsca chyba w Szczawnicy czyli parki. Widać że tutaj dba się żeby wszystko miało swój porządeki ład  i niema np takiego bajzlu jak powiedzmy na Gubałówce. Wyobrażacie sobie gdyby Gubałówka była cichym spokojnym parkiem z ładnymi scieżkami i gdzieniegdzie były tam małe urocze knajpki gdzie można siąść i podziwiać piękno przyrody przy dobrej butelce wina? Dziw że w Szczawnicy np w górnym Parku jest to możliwe a w takim bogatym i słynnym Zakopanem nie.

DSC_0040_4

Szkoda porównywać Zakopane do Szczawnicy bo jeśli chodzi o sposób myślenia to są przepaście , lecz może kiedyś….

Reasumując polecam każdemu Szczawnice bo to wyjątkowe miejsce i co najważniejsze …. ciche.

DSC_0045_4 DSC_0047_4

 

Cukiernia Samanta w Zakopanem: wczoraj i dziś

Written on 20 maja 2014, 08:06pm under zwiedzając.....

Tagged with:

DSC_0012

Jako mały chłopiec pamiętam że z mamą jak mieliśmy ochote na jakieś ciacho to zawsze udawaliśmy się do Samanty. Ja miałem wtedy jakieś 8 lat ,więc przeliczając były to chyba lata 90 a Zakopane wtedy całkowicie inaczej wyglądało.

Samanta była uwczas jedna jedyna na ul. Witkiewicza i wcale nie była taka duża jak ta obecna. Dobrze pamiętam jak w środku wszystko było pociągnięte białą farbą, mało detali, kilka stolików( chyba dwa ) no i lada za którą stała tylko jedna pani. Za witryną pączki i kilka innych drożdzówek no i tyle w sumie ze starej Samanty. Może i było to małe nieatrakcyjne pomieszczenie lecz napewno wyjątkowe przez chociażby sam zapach który z tamtąd pochodził.

Dzisiaj ,już niestety Samanta tak nie pachnie. Oczywiście dalej są smaczne ciasta i dobra kawa lecz kiedyś było genialnie. Samanta poszła w ideii sieciówki i w sumie patrząc na nowy otwarty punkt na dolnych Krupówkach niewiem czy niema idei naśladowania dużych międzynarodowych firm jak   Costa Caffe, Coffe Heaven czy Starbucksa.

Dla przykładu  lubie Samante na Witkiewicza bo jest naprawde ciepła i przyjemna. Pracują tu zazwyczaj te same dziewczyny, czasami widać właścicieli no i to co najważniejsze chodzą tutaj sami stali bywalcy. Na Krupówkach to znów całkiem inna bajka. Duże przestrzenne wnętrze gdy nie ma ludzi wygląda jak opustoszone , dodatkowo wnętrze bardzo surowe za sprawą jasnego drewna i betonu które gdzieniegdzie zostaje ożywione przez mocno kontrastujące fotele. Tutaj ciastek jest mało ( jak w sieciówkach) lecz znów kawy jest pod dostatkiem( jak w sieciówkach ). Ciastka dobre , kawa dobra , (chociaż wolałbym  Arabice) lecz miejsce mi się nie podoba, może dlatego że jestem przyzwyczajony do małych starych Samant z swoimi tubylcami.

DSC_0010

Wiem że to co zrobiła Samanta jest w sumie zrozumiałe bo Krupówki to w sumie  nie częśc Zakopanego  tylko wesołe miasteczko w Zakopanem gdzie i tak przechodni nie zwracają co jedzą i gdzie, tylko  byle tanio i dużo jak na stacji benzynowej, ale i tak moim zdaniem szkoda zmieniać wizerunek takiej cukiernii która ma taką tradycje w coś co ma przypominać cukiernie czy kawiarnie dla mas. Mam nadzieje że jednak na tym jednym nowym punkcie skonczy się szaleństwo a dalsze nowe investycje będą bardziej przemyślane.

Oczywiscie co by się nie działo  nadal będę chodził do Samanty bo uwazam ją za najlepsze miejsce na słodkie pyszności w Zakopanem, tak między nami to za mistrzostwo w Samancie od zawsze uważam W-Z dziwie sie że tak genialne ciastko jeszcze nie zrobiło kariery na skale swiątową. Pozdr Chef.