Włochy często gęsto kojarzą nam się z śródziemnomorską krainą gdzie zawsze jest ciepło i ładnie. Choć w wielu przypadkach tak jest, to bywają i miejsca, które wcale tego wspaniałego klimatu śródziemnego tak nie oddają . Jednym z takich miejsc, niewątpliwie jest Piemont .

Zeszłej jesieni miałem okazje spędzić kilka dni  w historycznym Langhe które należy do Piemontu  i uwieżcie mi, że zwykle bywało  zimno, mgliście i wietrznie.( prawie jak w Murzasichlu ;-))  Mimo  tych „nie włoskich” klimatów  Langhe od zawsze  cieszy się bardzo dużym zainteresowaniem a  to z prostej przyczyny że robią tu niezwykle wybitne wina.

Do najczęszczych  uprawianych  gron w tym regionie  należy endemiczne Nebbiolo. Znalazło  ono tutaj swój  idealny mikroklimat, który pozwala na tworzenie wielkich i długowiecznych  win jak Barolo. Oprócz  Nebbiolo trzeba  też pamiętać że w Langhe uprawia się też inne interesujące  szczepy jak  chociażby Dolcetto  czy Barbera, jednym słowem jest w czym wybierać.

Dla wielu oczywiście  to miejsce może wydawać się trochę mało ciekawe z uwagi przede wszystkim na dość skromne atrakcje turystyczne. Kilka zamków, kilka fajnych miasteczek i po za winem  tak naprawdę nic. Przychodzi się tu głównie  odpoczywać, napić dobrego wina i jak ktoś lubi uprawiać trochę sportu  .

Ja podczas swojego pobytu nastawiony głównie byłem na enoturystykę i dlatego postanowiłem wynająć  sobie dość duży apartament z ładnym widokiem na winnice  i blisko jakiegoś miasteczka. Był  to dobry pomysł bo pozwalał mi  gotować do woli mając dostęp do swietnych lokalnych produktów w osiedlowych sklepików a jak nie miałem już na to ochoty to wybierałem się do pobliskich trattorii.  Rano zwykle wybierałem się  na spotkania z winiarzami a po południu zwiedzałem  okoliczne wioski.  Nie ma tak na  prawdę tu dużo do zobaczenia, lecz warto zaliczyć Barolo i  jego muzeum korkociągów , stare miasto w Cherasco ( kupić ich czekoladki), Muzeum w uniwersytecie dla Psów W Roddi, starówkę w Dogliani i Albę. Myśle że Langhe to głównie meta dla kochających wino,  lecz warto też pokrecić się za ciekawą propozycją gastronomiczną.

Wino w Langhe to nie wszystko bo oprócz niego warto też rozglądać się za truflami . Te niezwykle ciekawe grzyby rosną tutaj bardzo obficie i grzech ich nie skosztować. Z okazji białej trufli w Albie co roku są organizowane bardzo ciekawe międzynarodowe Targi Trufli. Przyciągają niesamowitą ilość turystów i naprawdę warto sie na nie wybrać. Ceny noclegów w tym okresie niestety windują dość szybko w góre lecz z drugiej strony mamy niesamowite okazje żeby brać udział w wielu warsztatach tematycznych które są niezwykle pouczające.

Ogólnie rzecz biorąc byłem bardzo zadowolony  z tego wyjazdu. Mgła trochę dawała w kość, bo ciągle nic nie widzieliśmy a w nocy to już w ogóle było nieciekawie, lecz taki urok tego miejsca . Polecam szczególnie dla wine- loverów. Do nast Chef

Trentino Tour: Stage 3-Cortina d’ Ampezzo

Written on 8 lutego 2017, 06:04pm under zwiedzając.....

Tagged with: , ,

Któż nie zna słynnej Cortiny? Miejsce popularne z uwagi na oszałamiające trasy narciarskie i koncerty które odbywają się tu zimą . Cortina, to marzenie każdego narciarza lecz byliśmy ciekaw co to miejsce ma do zaoferowania  wiosną, więc nie zastanawiając się zbytnio ruszyliśmy w drogę.

Jak się okazało Cortina leży dość nieżle zagłebiona u stóp Dolomitów i tak naprawdę żeby do niej dojechać musimy się nieżle najpierw wspiąć na sam szczyt jakiejś góry a pózniej z niej zjechać.( Drogi  tak naprawdę w Dolomitach zauwazyłem że wyglądają tak samo, czyli są wszystkie kręte i strome). Do Cortiny jechaliśmy około godziny z naszego hotelu ,więc w sumie 40 km w godzinę nie było az  tak żle. Kiedy dojechaliśmy na miejscu zostawiliśmy samochód na miejskim parkingu i ruszylismy do centrum .

Tak jak mysleliśmy Cortina to małe miasteczko gdzie po za sezonem tak na prawdę nic się nie dzieje. Jest skromny ryneczek z kilkoma barami i restauracjami , jeden duży dom towarowy i od niego odbija krótka ulica handlowa, coś ala Krupówki . Tak naprawdę w tym okresie prawie wszystko było zamknięte. Nie udało nam się nawet nic  zjeść bo restauracje również tutaj są otwarte w sezonie albo weekendami.

Wiedziałem że tak będzie , ale musiałem to sprawdzić . Piekno Cortiny to tak naprawdę to co jest dookoła. Widać mega rozbudowaną infrastrukturę wyciągową i nie bez przyczyny jako jedyna lokalizacja we Włoszech dostała tytuł THE BEST OF THE ALPS. Jest tutaj ponad 100 km tras narciarskich z których ponad 95 procent jest również stucznie dośniezonych. Zimą odbywają się w centrum liczne koncerty i przedstawienia lecz latem samo miasto niem nic do zaoferowania .

Pokręciliśmy się troche po bocznych uliczkach , porobiliśmy kilka fotek , wypiliśmy kawę i ruszyliśmy w dalszą drogę. Val Pusteria na nas czekała , do Cortiny  jeszcze wpadniemy, ale na narty 😉

Passo San Pellegrino to jedno z popularniejszych miejsc narciarskich w Val Fassa. Tak naprawdę znajdują się tu wyłącznie hotele  i wyciągi , które zimą przyciągają niebywale dużą ilość narciarzy.Znajdziemy tu niesamowicie dużo pięknych tras narciarskich i dla doswiadczonych narciarzy jak i dla tych co dopiero zaczynają swoją przygodę z białym puchem. Latem znów można wykorzystać to miejsce inaczej bo znajduje się tu niesamowicie dużo tras trekingowych . Jeśli lubicie kijki i te sprawy na pewno warto tu przyjechać , szczególnie że ceny noclegów w wiosnę  naprawdę są bardzo atrakcyjne.

My akurat znaleśliśmy się w San Pellegrino z kwesti przypadku. Szukaliśmy bazy noclegowej w centrum naszych zainteresowań no i tak wyszło że Passo San Pellegrino leżało najlepiej . Sama mieścina jak wspomniałem wcześniej nie oferuje nic poza bazą noclegową – brak tu sklepów, barów i restauracji. Bez samochodu tutaj niema szans coś zdziałać a najblizsze miasto to Moena,( odległa 5 km)  która też za wiele nie oferuje .  Plus  w San Pellegrino to niewątpliwie taki że  jesteśmy całkowicie zanurzeniu w przyrodzie, mamy piękne widoki, trasy spacerowe pod dostatkiem, no i spokój , po który wielu tu przyjezdza.

Pierwszego dnia pobytu w San Pellegrino własnie tego szukaliśmy -spokoju. Przeszliśmy się ciekawą trasą która początek miała obok naszego hotelu i kończyła w schronisku Fuciade. Tam własnie w schronisku zjedliśmy pyszny obiad i dlatego to miejsce polecam . Fuciade jak się pózniej okazało to  dość popularna restauracja w Val Fassie , słynie z lokalnych dań jak Canederli ,lecz to co moim zdaniem  ich  wyróżnia od reszty takich miejsc to  desery.   Ja zamówiłem mus z ricotty z sercem z marmolady pomidorowej i kulką lodów pistacjowych a Maria Panne Cotte z sosem z leśnych jagód. I jedno u drugie było wysmienite;-)Czuć było że robione na swieżo i z lokalnego mleka. Polecam szczególnie to miejsce , lecz ostrzegam że tutaj nie dojedziemy pod same drzwi. Jako że  Fuciade jest schroniskiem, jest dość oddalone od głównych arterii i tak naprawdę jedyna droga jaka tu prowadzi jest zamknięta dla ruchu samochodowego i zajmuje około 40 min pieszo.Bądz co bądz warto bo trasa jest niezwykle przyjemna a po drodze tak jak w naszym wypadku można spotkać kilka świstaków które akurat już przyzwyczaiły się do przechodzących tu turystów.

Tak by wyglądała sprawa mniej więcej w San Pellegrino. Tego dnia naładowaliśmy nasze akumulatory i byliśmy gotowi na dalsze podboje. Co się następnie wydarzyło niedługo na blogu 😉

dsc_0139

Paryż to duże miasto i  jak to bywa w takich metropoliach znajduje się tu zwykle  dość obszerna oferta gastronomiczna. Nie zdziwiło  mnie  ze w centrum miasta oprócz typowych  „braserie” znalazłem też chińśkie,indiańskie czy włoskie knajpki ale zdziwiło mnie wielce jak się dowiedziałem że w Paryżu jest knajpa parmeńska !!!.

dsc_0132 dsc_0133

Jak dobrze wiecie kuchnia parmeńska słynie przede wszystkim ze swej prostoty i tradycyjnych dań. W okolicach Parmy, doskonale rozumiem  że jest popyt na takie restauracje, które mają taką formę , lecz nie wiedziałem że w Paryżu-stolicy  „entrecota” , ostryg czy Szampana , również może taka restauracja mieć wzięcie.

dsc_0135 dsc_0134

Salsamenteria to niewątpliwie niezwykły lokal, który tak naprawdę przenosi nas w dawne dzieje parmeńskiej kuchni. Tu dostaniecie jedynie to co jest tradycją.  Nie zdziwcie się zatem że większość dań jest obrzydliwie tłusta, bo tak właśnie wygląda kuchnia parmeńska. Szynki, kiełbasy, salami, boczki, tortelli , długo duszone mięsa i smażone ryby to tylko niektóre pozycje które tutaj znajdziemy. Na uwagę zasługuje szczególny wybór szynek tradycji parmeńskiej. Nie tylko parmeńska lecz i Coppa, Spalla Cotta czy Mariola jest tutaj bez problemu dostępna i krojona na cieniutkie plastry dopiero po zamówinieniu. Niesamowite jest również to że właściciele lokalu pomyśleli o winie i to w spósób niezwykły, bo pija się go tak jak dawniej, czyli z miseczki glinianej 😉 ( oczywiście Lambrusco ).Warto polecenia są też Tortelli które serwuje się tutaj z kilkoma róznymi nadzieniami. Drugich dań jest co prawda mało, ale Emilia nie ma wiele specjalności w tej dziedzinie , więc sprawa jest wyrozumiała. Na koniec oczywisćie warto się skusić na desery domowe,  jak gruszka gotowana w winie z czekoladą lub  parmezan długo dojrzewany podany z redukcją octu balsamicznego.

dsc_0129 dsc_0130

Nie ukrywam, że ta  restauracyjka  zrobiła na mnie duże wrażenie i zresztą  jako człowieka który się  wychował w tych klimatach sami rozumiecie że zobaczenie znów  szynki wywieszone na ściane, kregi parmezanu za ladą , czy swojskie sosy w kredensie musiały być niesamowitym miłym wspomnieniem z dawnych lat. Mało jest  takich miejsc poza regionem Emillii i dlatego czapka z głów tym ludziom którzy odważyli się promować tę kuchnie po za jej granicami . Polecam z całego serca  to miejsce , szczególnie z uwagi na wędliny. Warto tutaj wpaść na szybki obiad zamawiając dużą dechę różnych wędlin i popijając całość mocno musującym i wytrawnym Lambruskiem . Zapomnimy co prawda na moment że jesteśmy w Paryżu ale cóż … na chwile nie zaszkodzi. 😉

dsc_0126

Co w górze piszczy

Written on 24 października 2016, 10:13pm under zwiedzając.....

Tagged with:

SONY DSC

SONY DSC

W zeszłym  roku miałem okazje spędzić kilka dni wysoko w górach a dokładnie w sercu wielkich Dolomit. Od dawna marzyłem o tej podróży bo kocham krajobraz górski a jak sami dobrze wiecie Dolomity to jedne z najpiekniejszych gór na świecie. Charakteryzują sie niewątpliwie poszarpanymi graniami, turniami i licznie pionowymi urwiskami. Są nieokiełznane a ich biała skała w blasku zachodzącego  słońca wydaje się jakby płoneła.

Pojechałem w końcu , bo mus zobaczenia tego wszystkiego na żywo było nie do okiełznania więc sami rozumiecie. Oczywisćie zalezało mi na odpoczynku fizycznym i psychicznym lecz moim celem w podróży było również przywiezienia jakiegoś doświadczenia stamtąd .

Z uwagi że moja podróż była dość obszerna a jeden czy dwa wpisy by tego nie pomieściły , postanowiłem że podziele swoją przygode na kilka cześci. Bedzie o drogach, jedzeniu,górach, jeziorach, zwierzętach no i zwyczajach . Jedna częśc już za mną ( drogi) , kolejna będzie o jedzeniu a konkretnie o najlepszym miejscu gdzie udało mi się zjeść w Dolomitach :-). Nie uwierzycie gdzie ;-)Niedługo wpis. Pozdr

DSC_0218

Paryż to duże miasto i jak spojrzeć na niego kulinarnie, to każdy znajdzie coś dla siebie.Są  tu wykwintne restauracje, gdzie za kolacje zostawimy ponad 100 euro od osoby  lecz i nie brakuje tutaj tanich  barów ulicznych gdzie zjemy np.   świetnego kebaba, hot doga czy genialnego Croque Monsiera za 5 euro. Podczas mojej kolejnej podróży w Paryżu wyznaczyłem sobie kilka celów które chciałem koniecznie zwiedzić kulinarnie. Od razu powiem że nie  interesowały mnie  popularne miejsca na Trip Advisorze ani restauracje wyróżnione w przewodniku Michelin czy Gault e Millau , bo  nie oszukujmy się, takie lokale są uczęszczane przede wszystkim przez turystów a  ja znów szukałem miejsc gdzie jedzą przede wszystkim  tubylcy.

Pewnie nie raz słyszeliście że w Paryżu można zjeść bardzo dobre owoce morza. To prawda. Miałem okazje zauważyć że jest wiele dobrych restauracji, które podają świeże ostrygi czy inne specjały z głębin jak chociażby langusty,  lecz czy to na co dzień jest w menu typowego Paryżanina?  Wydaje mi się że raczej nie. Jak chadzałem  po głównych arteriach miasta gdzie zwyczajowo mieści się wiele świetnych knajpek to na ogół zauważyłem że wszyscy jedzą jedno i to samo. Pewnie pytacie  co ?A no Stek z frytkami;-) Tak moi drodzy najpopularniejszym daniem   w wielu bistro jest właśnie „Entrecot”  z frytkami, oczywiście jak to w francuskim stylu  podany w towarzystwie świetnego domowego sosu.

DSC_0213

Oczywiście jak wcześniej wspomniałem jest dużo takich knajpek w Paryżu a szczególnie wzdłuż popularnych alejach jak Boulevard du Montparnasse lecz jedno miejsce wyróżnia się szczególnie – mowa oczywiście  o Le Relais de l’Entrecote. Ta restauracyjka jest wyjątkowa nie tylko z uwagi na długi czas istnienia  lecz przede wszystkim z  uwagi na wyjątkową formułę oryginalną i niezmieniąną od lat  –  czyli że podają wyłącznie  Entrecota z frytkami. Szczerze nie znam drugiej takiej restauracji ,która by podawała jedno jedynie danie i dodatkowo cieszyła się tak dużą popularnością, bo w Relais Entrecote mimo że to duży lokal często trzeba czekać na wolny stolik. Myślę że jest to też wspaniały przykład jak Paryż różni się od Warszawy, bo u nas w stolicy jak restauracja nie zmienia menu  minimum raz na 3  miesiące  to jest „passe” i tak naprawdę nie cieszy się wtedy dużą popularnością  a w Relais znów odwrotnie od wielu lat nie tyle nie zmieniają menu, lecz nadal mają jedno tylko danie i są mega oblegani. Jaki jest  zatem sekret tego sukcesu??? Jedni mówią że to ten sekretny sos co podają z mięsem ale dla mnie to nie to, ja uważam że ich sekretem jest autentyczność .  Oczywiście zjemy w Warszawie ( Butchery e Wine)  czy nawet w Krakowie ( Ed Red) świetne steki ale w Relais jest inne  całkiem podejście do całości, bardziej lużne , swojskie, tradycyjne i jakże perfekcyjne wykonane.

Żeby zrozumieć to wszystko jednak trzeba się tam znaleść i zobaczyć na własne oczy jak  działa ta  mega perfekcyjna maszyneria .Ja byłem no i w skrócie wygląda to tak: Po wejściu do lokalu widzimy  tłum ludzi którym towarzyszy  piękna melodia  nieskończonych się francuskich dialogów ,tłuczących  się talerzy i  strzelających korków od wina otwieranych przez kelnerki między nogami. Czekając  przy wejściu warto się jednak  uzbroić  w cierpliwość ,  bo tak naprawdę na pierwszy rzut oka nie widać żadnych wolnych stolików lecz po chwili  Panie kelnerki wołają nas i w magiczny sposób znajdują się dwa miejsca które są tak blisko naszych sąsiadów że dotykamy ich  prawie łokciami.

Zapewne jak  pierwszy raz wpadniecie do Relais to na sto procent będziecie mega zaskoczeni  . Otóż od razu po tym jak zasiądziecie do tego wąskiego i małego stolika , podejdzie do was miła Pani ubrana w czarną sukienkę z białym fartuszkiem i   krwisto czerwonymi pomalowanymi ustami   pytając jakiego chcemy steka i tu właśnie  będzie ZONK??? O co kaman??? Gdzie karta?? Jaki stek? I wtedy dopiero zaczynasz patrzeć na okoliczne stoliki i widząc ze wszyscy jedzą to samo rozumiesz jak by to u nas powiedzieli …… ten KONCEPT. W tym lokalu, jak właśnie wcześniej wspomniałem  jemy tylko jedno danie ( steka ) ,więc nie zostaje ci nic więcej jak określić stopień wysmażenia mówiąc rare albo medium – co to drugie nie jest dobrze odbierane (broń Boże well done). Pierwszego razu jak byliśmy  zamówiłem steka medium i już po minie kelnerki wiedziałem ze żle zrobiłem, ale ona też wiedziała że ja  nowy, że turysta,więc niech mu będzie . Dlatego że turysta oczywiście  dała nam droższa wodę która jak zauważyłem w stołach tubylców nie widniała, ale cóż oni jedli rare ;-). Za drugim razem oczywiście wziołem steka krwistego i nie robiąc głupiej miny przy pytaniu jak bardzo usmażony  zostałem potraktowany jak swojak i w nagrodę dostałem tańszą wodę, to było miłe . Obok mnie tego dnia również zasiadł japończyk i nawet nie wyobrażacie sobie jak musiałem się powstrzymać od śmiechu kiedy to podczas zamawiania  steka ten ów człek poprosił o stopień wysmażenia MEDIUM RARE a kelnerka na to : „Nie Chłopie, tak nie będziemy się bawić !!! ALBO RARE, ALBO MEDIUM 😉

No ale wracając do formuły Relais  po zamówieniu steka    dostajemy małą sałatke z vinegretem i bagietke do tego .Można powiedzieć że to takie czekadełko bo w sumie na Entrekot troche się czeka  a przecież głodni jesteśmy ;-)( sałatka z bagietką wliczona w cenę ).Po zjedzeniu sałatki w idealnym momencie nadchodzi czas na nasz upragniony stek  ale tu znów Zonk!  Pani zabiera ci pusty talerzyk z sałatką i podaje steka pociętego z frytkami na równie małym talerzyku. Pierwsza myśl ?? To my pojedli ;-( . Stek oczywiście bardzo dobry bo z dojrzewanej wołowiny, idealnie wypieczony i podany  z jakże również  świetnymi chrupiącymi frytkami,  lecz jest tylko jeden  problem – mało go. No i tu pewnie zaczelibyście grymasić tak jak ja, bo ten stek 26 euro kosztował a tu tego tak mało, ale po chwili przychodzi Pani z dokładką i wszystko wraca do normy. Relais to duży lokal , dużo w nim ludzi i dlatego stoliki są małe. Logiczne,  do dużego steka z duża ilością frytek potrzebny jest duży talerz, który zajmował by dużo miejsca na stoliku w którym tak naprawdę jest to niemożliwe, więc sprawa została rozwiązana tak, że podają ci małe talerzyki  z połową porcji a półmisek z twoim stekiem czeka cierpliwie na innym dużym stole serwisowym z podgrzewaczem. Sprytne nie???Na  koniec posiłku w Relais na szczęscie mamy wybór;-) Dostajemy kartę z deserami i tym razem jest naprawdę w co wybierać . Suflet, Creme Brulee czy talerz serów to kilka pozycji które warto wybrać a jak już na nic nie mamy ochotę to dostajemy rachunek , bo przecież inni dalej czekają na stolik … 😉

DSC_0215

Po pierwszej wizycie  zaczynasz rozumieć to miejsce i powoli również dociera do ciebie dlaczego jest takie popularne. Nie chodzi o ten genialny stek, czy  te ładne Panie  z czerwono krwistymi ustami czy  chociażby o ten kurewsko dobry sos , NIE!!!! Tu chodzi o to, że to miejsce jest autentyczne – to żaden koncept czy pomysł na szybki biznes to po prostu prawdziwe bistro jak z dawnych lat  i tyle.

Ta knajpka co prawda zyskała już sławę międzynarodową i już coraz więcej się dziś spotyka u niej turystów, lecz nadal jest chętnie uczęszczana przez tubylców. Dla mnie to mega przeżycie i tak na prawdę jestem pełen podziwu że ta formuła jednego dania tak się świetnie u nich przyjęła , bo po za tym nie oszukujmy się, tanio nie było. Stek plus kawa i woda to jakieś 35 euro od osoby. Dwie osoby 70 euro co  w przeliczeniu na nasze złotówki to ponad 300 zł. W Warszawie 300 zł to dość duża suma na wyjście a szczerze  nie znam lokalu który by mielił taką ilość osób co wieczór ze średnim rachunkiem wartości  300 zł . No ale Paris to Paris a Wawa to Wawa…;-).

Podsumując polecam z całego serca Le Relais du Entrecote , bo to naprawdę bardzo ciekawe miejsce . Oczywiscie moja przygoda w Paris nie skończyła sie na Relais ale to dopiero dowiedzie sie przy nast wpisie . Pozdr Chef

 

ps. W Paryzu są tak naprawdę 3 restauracje Relais. Ja bywałem w tej najbliżej mojego hotelu, czyli tej mieszczącej się w Boulevard du Montparnasse  a dokładnie przy  stacji metra Vavin.

DSC_0217

 

 

DSC_0639

W 2015 roku miałem okazje spędzić dwa tygodnie w Trydencie i z tego powodu postanowiłem trochę opisać swoje wrażenia na temat tego,  jakże pięknego regionu Włoch.

Jak zacząć od samego początku to przed wyjazdem do Trydentu starałem się znaleść trochę informacji , bo przecież to nie w moim stylu iść tak o sobie i szukać informacji na miejscu. Szukając trochę w internecie ( visittrentino), przewodnikach w księgarniach czy chociażby dopytując trochę  informacji od znajomych mniej więcej  wiedziałem czego mam się spodziewać. W skrócie wyobrażałem sobie Trydent jako krainę górską , gdzie króluje spokój, tradycja  i przyroda. Dużo się nie pomyliłem, bo  Trydent właśnie taki jest !!!Lecz niestety jednej rzeczy nie wziołem pod uwagę –  skali tego miejsca.

„…wyobrażałem sobie Trydent jako krainę górską , gdzie króluje spokój, tradycja  i przyroda. Dużo się nie pomyliłem, bo  Trydent właśnie taki jest !!!”

Jak rzucimy wzrokiem chociażby na google map to Trydent nie wydaje się tak na prawdę duży ( a jest ogromny ) i tak naprawdę miedzy jednym a drugim większym miasteczkiem jest co prawda średnio jakieś 20 km. Oczywiscie 20 km na autostradzie to nic ,lecz na krętych i stromych górskich dróżkach uwierzcie mi że to cała wieczność.

brunico moena

 

Pamietam właśnie ze podczas naszego wyjazdu  pomyslałem (głupio wtedy ) żeby ominąc autostrade i pokierować się górskimi drogami. Pomysłałem że fajnie będzie , bo widoki super, bo zobaczymy miasteczka itp. To był jednak nie za dobry  pomysł, szczególnie w moim przypadku. Z granicy austryjackiej  niedaleko Lienz kierowaliśmy się dość niezłą drogą do Bolzano, pózniej jednak  pomyślałem żeby  własnie skócić wszystko w Brunico i odbić na Corvarę a tam znów dalej w kierunku Moeny gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg.  Powiem tak  : z Brunico do Moeny bedzie coś ponad 100 km i tak naprawdę google maps pokazywał ze powinniśmy jechać jakieś dwie godziny , ale tak naprawdę jechaliśmy ponad 4 godziny. Dokładnie tak 100 km w 4 godzin co wychodziło średnio 25 km na godzinę( ale robiliśmy dwa postoje 15 min ).

„…20 km na autostradzie to nic ,lecz na krętych i stromych górskich dróżkach uwierzcie mi że to cała wieczność.”

DSC00127 DSC00126

To była moja pierwsza wpadka  w Trentino ,czyli to ze tutaj drogi są niezwykle kręte i niebezpieczne. Oczywiście dla mnie, jako kierowcę vana ( Mercedesa Vito ) nie za wygodnie  się jechało, ale znów innym jak np.  motocykliści mieli tutaj niezłą frajdę. Przez cały czas jak jezdziłem po tych górskich trasach z zazdroscią patrzyłem jak motocykliści mnie wyprzedzają i z utęsknieniem  czekają na następne „tornante” ( zakret o 180 stopni ) żeby znów się „położyć” jak to w ich slangu  . Dla nich  tornante   był elementem pożądanym, ja znów przejeżdzając ich ponad 300 w czasie   mojej przygody w Dolomitach miałem  ich  serdecznie dosyć.(No ale mój błąd , trzeba było wziąść 500 i tez bym zaszalał na tych dróżkach ale niestety wyszło jak wyszło.)

Ogólnie  narzekałem  na te drogi, ale z drugie strony to raj dla motocyklistów i nie tylko, bo można było spotkać również tu wiele sportowych samochodów ciągnącym pod górę z niezłym rykiem silnika  czy chociażby  wielu rowerzystów co stawiali sobie za cel niezłą górkę.

Nie było tak żle w sumie z tą jazdą, bo z czasem automatycznie nauczyłem się pokonywać zakrętasy dość łągodnie moim vanem, ale w przyszłości raczej bym chyba z niektórych tras zrezygnował bo były na prawdę na skraju przepaści.

W Dolomitach jeśli chodzi o drogi warto pamiętać ,że te wyjątkowo strome i kręte prowadzące zazwyczaj na jakiś szczyt,  który pewnie jest na wysokości ponad 2000 m n.p.m( bo tam  drogi własnie na takiej wysokości są) nazywają się „Pass0”. Jak jesteści motorem czy niezle zawrotnym samochodem to warto takich dróg szukać bo dadzą wam niezły wycisk adrenaliny. Jeśli znów wolicie spokojną jazdę to  lepiej  takich dróg unikać. Oczywiscie są miejsca jak Cortina gdzie tylko takimi passami dojedziemy na miejsce ,więc tak naprawdę wtedy nie mamy wyboru, ale w innych przypadkach warto dorzucić jakieś 30 km na innej trasie żęby być godzine wczesniej na miejscu  Druga sprawa jeśli znów trafimy  na takie passo to nieuniknione będą własnie tornanti.Trzeba na nich szczególnie uważać bo czasami są wyjątkowo ciasne i strome co wiele razy zdarzyło mi się ( szczególnie na początku ) je po prostu scinać zajezdzając na  przeciwny pas. Zazwyczja srednio jest ich od 15 do 30  . Ja własnie zjedzając z Corvary w Alti Badi  pamiętam że naliczyłem ich chyba 33. Fajne że każde tornante jest ponumerowany i jak będziemy zjezdzać przykładowo ze szczytu gdzie pierwszy tornante ma 33 nr to wiemy  tak na prawdę ile bedzie ich jeszcze czekało na nas na dole.

„…jeśli chodzi o drogi warto pamiętać ,że te wyjątkowo strome i kręte prowadzące zazwyczaj na jakiś szczyt,  który pewnie jest na wysokości ponad 2000 m n.p.m ( bo tam  drogi własnie na takiej wysokości są) nazywają się „Pass0″”

No dużo objechaliśmy tak naprawdę dróg kretych  w tym Trydencie  , ale mimo przelotnych nerwów i tak było warto   . Bedać na ponad 2000 km nad poziomem morza autem człowiek ma wrażenie jak by był na Giewoncie , z tą różnicą ze tu wsiadamy w auto i jedziemy dalej. Niewątpliwie najpiękniejszym miejscem który zdobyłem  samochodem była Corvara w Alta Badii. Na samej górze mimo ze na dole było ponad 15 stopni dalej lezał biały snieg O widokach nie wspomne bo były niesamowite , a najfajniejszą rzeczą oprócz widoków jaką pamietam to przydażyła się nam jak  zjezdzaliśmy ze szczytu, bo  swistaki przebiegały nam droge. Szczerze nigdy wczesniej nie widziałem swistaka , chociaż troche sie nachodziłęm  po Tatrach, lecz tu w Dolomitach niesamowicie łatwo na nie trafić i przechodzą przez drogę notorycznie jak u nas koty ;-).

„Niewątpliwie najpiękniejszym  miejscem który zdobyłem  samochodem była Corvara w Alta Badii.”

DSC00476

Zjezdzając powoli ze szczytu zastanawiałem się gdzie u nas w Tatrach są takie drogi i tak naprawdę jedyna która może sie równać z tym wszystkim to Oswalda Balzera prowadząca na Łysą Polane. To jeden z wielu argumentów które potwierdza skalę tego  miejsca, bo jeśli u nas mamy jedną trasę asfaltową  górską to tam jest ich ponad 30.

Pierwszego dnia dojechaliśmy niedalego Moeny w hotelu mieszczącym sie na passo San Pellegrino prowadzącym do Monte Civetta. Przyjechaliśmy póżnym wieczorem koło 23 , na szczęscie gospodarz mimo że spodziewał się nas o 18 czekał cierpliwie i ciepło nas przywitał. Zjedliśmy coś małego co nam uszykował i poszliśmy spać. Jutro czekała nas podróż piesza, mieliśmy dość samochodu (  zresztą niema się co dziwić po 15 h samochodem ;-), chcielismy poczuc prawdziwa aure tego miejsca spacerując po pięknych dolinach u stóp Dolomitów.

DSC00675

Gault & Millau Tour – Kraków 2015

Written on 22 września 2015, 08:53pm under swięta i nie tylko ,zwiedzając.....

Tagged with: ,

DSC_1243

Niedawno , bo 7 września miałem okazje być zaproszony na regionalne spotkanie najlepszych szefów kuchni według zółtego przewodnika Gault e Millau. Jak by ktoś nie wiedział czym jest Gault e Millau to odrazu powiem że lepiej się nie przyznawać, bo obok Czerwonego Przewodnika Michelin to jedno z najbardziej uznawanych przewodników kulinarnych na świecie. Gault e Millau zainicjował swoją działalność w Polsce dokładnie rok temu i można powiedzieć że od tamtej pory ostro  zabrał się  za nasz kulinarny polski bałagan . Tak naprawdę przed nim  nie było żadnego  przewodnika kulinarnego po Polsce  a jedynie na co mogliśmy liczyć swego czasu jako restauratorzy było uznanie wszechwiedzącej Magdy Gessler czy wysokie noty w popularnym  portalu kulinarnym Gastronauci.pl, który nie wiedzieć czemu nagle przestał istnieć.

Na szczęście  dziś mamy Gault e Millau który powoli staje się  autorytetem w dziedzinie kulinarnym w Polsce   i  moim zdaniem na pewno  nie z powodu zafascynowania że jest czymś nowym,  czy czymś czego nie było, lecz z oczywistego powodu, że odwalają swoją robotę tak jak  to się powinno  robić. Jeżdżą po całym kraju , degustują najróżniejsze dania ,  płacą za rachunki   i co najbardziej mi się podoba w tym wszystkim to fakt, że naprawdę znają się na rzeczy. Nie wiem oczywiście kim są ci tak zwani „inspektorzy ” i jak naprawdę wyglądają, lecz w sumie w ogóle mnie to nie obchodzi, dla mnie liczy się tylko fakt, że potrafią ocenić kompletnie danie   doceniając  tym samym zdolność kucharza, a to moi drodzy, nie każdy potrafi.

Wiele fajnych knajpek odkryłem dzięki żółtemu przewodnikowi Gault e Millau i  pewnie gdyby nie on, w moim  skromnym życiu, nigdy nie  byłbym w stanie ich odnaleźć, więc naprawdę duże brawa.

No ale wracając do mojego zaproszenia , jak wspomniałem wcześniej, Gault e Millau to poważne przedsięwzięcie, które oczywiście nie kończy się wyłącznie na ocenie restauracji  lecz również dąży do  kreowania kultury kulinarnej w Polsce . Taka kultura tworzy się w bardzo prosty sposób – przez wspólne spotkania  które rodzą nowe pomysły i  nauczają  .Gault e Millau Tour  własnie jest takim spotkaniem kulturowym,  gdzie wspólnie się poznajemy, wymieniamy doświadczeniami a pózniej przekazujemy wszystko   automatycznie do  naszej restauracji( bo w niej udoskonalamy się, wdrażamy to co się nauczyliśmy ).  Ostatecznie   cała ta wiedza zostaje przekazana naszemu gościowi a on również dalej będzie ją  dzielić ze swoimi znajomymi ( np . chwaląc sie jaką pyszną zjadł rybę ) i poserzał ją dalej nawet tym ludziom którzy w naszej restauracji jeszcze nie byli.Taka metoda bezpośrednia jest najbardziej skuteczna w kreowaniu kulinarnego raju i uwierzcie mi że 100 razy bardziej skuteczna niż oglądanie Top czy Master Chefa.

DSC_1259

No i właśnie wracając do mojego spotkania kulturowego   w tej edycji Gault e Millau Tour  muszę pochwalić się  że miałem okazje poznać Luize Trisno-  jedną z najbardziej znanej kobiety chef w Polsce.Na pierwszy rzut oka ma się wrażenie że ta drobna kobitka jest dość nieśmiała i spokojna lecz to tylko pozory ,bo za palnikami kuchenki zamienia się tryskającym energią wulkan. Jej kuchnia niewątpliwie zaskakuje  odważnymi akcentami jak np. seppia czy kiszony jarmuż, druga sprawa nie boi się eksperymentów a to oznaka że wie co robi ,więc  jak ktoś wie co robi to jest po prostu dobry i tyle! Jestem naturalistą, minimalistą i tradycjonalistą i mogę powiedzieć że jak do tej pory francuska i włoska kuchnia jest mi najbardziej bliska.  Wiem jednak że nie na tym świat się kończy i dlatego ciągle szukam nowych zaskakujących smaków . Niewiem czy kiedyś uda mi się wyjechać na daleki wschód ( bardzo bym tego chciał ) i tam poznać te niesamowita kulturę, ale jedno jest pewne – w Krakowie na ramen zawsze uderzę  do Raimen Girl of Yellow Dog.

Bardzo miło było również znów zobaczyć Piotra Reguckiego z Restauracji Corse. Znam kilu szefów kuchni ,lecz wierzcie mi że  bardziej utalentowanego od Piotra i również skromnego nie znam nikogo .Przyznam się bez bicia, że u Piotra nie miałem jeszcze okazji nic zjeść, lecz wiem na bank, że mega dobrze gotuje.  A to dlatego że z kim  nie  rozmawiam o dobrych restauracjach w Krakowie to zawsze pada słowo  Corse. I tak np  :

–  Gdzie jadłeś najlepsze Małże???

–  w Corse.

–  Gdzie jadłes najlepszą grilowaną Dorade???

–  W Corse.

– A krewetki najlepsze gdzie?

– oczywiście że w Corse 😉

I tak naprawdę mógłbym  bez końca pisać  o pysznościach jakie Piotr serwuje  swoim gościom  lecz myślę, że  lepiej będzie jak sami tam pójdziecie i sami się  przekonacie w czym rzecz .Zdradzę  wam jeszcze dodatkowo, że ja nie jestem fanem owoców morza i tak na prawdę wszystkiego co pływa i chodzi po dnie oceanu ,lecz słysząc że Piotr tak gotuje….. chyba jutro zarezerwuje stolik 😉

Miło było również na spotkaniu spotkać panią Wande  z Nowiny. Szczerze nie wyobrażam sobie wypadu do Krakowa bez kolacji w Nowinie.Ja wiem że teraz wszyscy lansują się że mają jeżyny z własnego ogródka, mięte z własnego ogródka a niektórzy nie powiem nawet co mają w tym ogródku, bo odrazu będzie obraza majestatu. Nowina tak naprawdę od zawsze miała swój ogródek i co najlepsze nawet swój kawałek lasu skąd zbierają swoje mega dobre owoce leśne. Robią swoje soki, powidła, syropy i nie żeby kogoś obrazić, lecz oni się tym wcale nie lansują, bo dla nich jest to po prostu normalne. Lubie ich podejście, ich staropolski styl i tak naprawdę to najstarsza restauracja którą znam  gdzie ciągle się o niej dobrze mówi, więc na pewno tu też warto zajrzeć.

Jesli mam powiedzieć szczerze z kim przegadałem najwiecej czasu to bez zastanowienia powiem, że  z  Robertem  z Chaty Wędrowca. Pewnie nie jeden go zna, bo Chata Wędrowca to jedno najbardziej dzikich a zarazem magicznych miejsc na południu Polski. Powiem szczerze że Robert to taki kucharz jakich w Polsce mało, bo znajdując się prawie na końcu świata,udało mu się prostą kuchnią przyciągnąc naprawdę dużą rzesze miłośników. Serwuje proste dania,lecz uwaga!!!!! Proste to nie znaczy że łatwe! Dobrą ogórkową zrobić  to też jest sztuka i na szczęscie ci z Gault e Millau doskonale o tym wiedzą. Jestem przekonany że Robert zajdzie bardzo daleko a kto wie czy za rok, czy za dwa, to on nie będzię nominowany na najlepszego kucharza kuchni tradycyjnej. Wierze  że tak będzie. 😉

DSC_1266

No my tu Robertem gadu gadu a tak naprawdę w między czasie na gali trochę się działo. Każdy z nominowanych szefów w swojej kategorii miał okazje zaprezentować swoje popisowe danie przed wszystkimi na żywo, więc było naprawdę widowiskowo !!!!! I tak własnie gotowali : Przemysław Błaszczyk  (Manana Bistro e Wine Bar) co został Szefem Jutra, Przemysław Bliski ( Pod Nosem )– Szef tradycji ,  Daniel Myśliwiec ( Zazie Bistro )-Młody talent,  Luiza Trisno ( Raimen Girl of Yellow Dog ) – Kobieta Szef i Marcin Filipkiewicz ( Copernicus ) co został odznaczony Szefem Roku. CONGRATULATIONS !!!!!!!

No fajnie było, lecz jak wszystko co dobre szybko się kończy. Ostatecznie nie zostało mi nic więcej jak jeszcze podziękować Gault e Millau za mozliwość poznania tak wspaniałych postaci polskiego świata kulinarnego. Obiecuje że ta wiedza na pewno nie pójdzie na marne .

Oczywiście należałoby również jak na kulturalnego człowieka przystało podziękować tym co mnie nakarmili i napoili więc jeszcze podziękowania dla:

Makro– duże brawa za odwagę, mało kto by się odważył zapiec oscypka na ostrydze ;)Zjadłem, doceniłem, lecz znacie mnie, wole ostrygę  zjeść osobno i osobno oscypka ;-)Pozdr dla Pana Piotra;-)

Martell– całą imprezę nawet nie wiecie jak bardzo żałowałem że nie mogłem się napić tych waszych eliksirów (  byłem samochodem), ale po powrocie do domu odrobiłem straty 🙂

Nespresso– nie pamiętam czy piłem nr 11,12 czy 13 ….?A może i wszystkie trzy….?Bądź co bądź wszystkie dobre 😉

Maurer– nie lubię mówić ze coś jest najlepsze, lecz z całym szacunkiem do innych tłoczni , wasz sok śliwkowy jest NAJLEPSZY

 Callebaut – macie zbyt dobrą czekoladę . W połowie imprezy kiedy znalazłem chwile żeby was odwiedzić,  okazało się że wasze stanowisko jest już wysprzątane  na dobre.Niesprawiedliwe 🙁

Siemens – jak będę szukać nowego mieszkania , to na pewno z kuchnią w technologii Siemens.

Mumm– zawsze jak wygrywa Vettel, mam ochotę napić się waszego Szampana

No ok. Dość pisania i czas do spania. Kończę tak dzisiaj nietypowo, za tydzień będzie również wyjątkowo (ale mi sie zrymowało ;-)). Pozdr Chef

DSC_1255

 

 

DSC_0545

Będąc na urlopie często się zastanawiamy czy jeść w restauracji hotelowej czy może lepiej uderzyć do miejscowych knajpek położonych w centrum miasta . Jest to nie mały delemat nad którym zwyczajowo wybieramy wyjść poza hotel z powodu że  ” głodni ” jesteśmy odkryć coś nowego  widząc tym samym   jak kreci się zycie po za nim.

Oczywiście bywają hotele które znajdują się na totalnych odludziach i wtedy nie mamy wyboru, lecz w takim Zakopanym wszyscy chyba woleliby uderzyć na kolacje wieczorem do tętniącego życiem centrum miasteczka nim zostać w swoim spokojnym hoteliku.

Myśle że wszystko zależy co kto szuka, bo dobrego jedzenia w parze z dobrą ceną w hotelowej restauracji raczej się nie szuka , z drugiej strony w takich miejscach liczy się wykwitność, spokój no i przede wszystkim nowe wrażenia smakowe. Elegancja  obsługi, zdolny i kreatywny kucharz no i oszałamiający smak w daniach którego nigdy nie doświadczyliśmy, to jest podstawa dobrej hotelowej restauracji na wysokim poziomie.

Kilka dobrych lat temu pamietam jak Litwor ( Restauracja Koneser ) był na szczycie najlepszych restauracji w Zakopanem. Wszyscy zachywcali się kuchnią tego miejsca i w sumie się nie dziwie. Mieli genialne Carpaccio, Kaczkę i obłędny Suflet czekoladowy. Pożniej otworzyło się Mare Monti w Grand Nosalowym gdzie  hotel postawił na włoską kuchnię. Sprowadzili włocha który gotował w gwiazdkowej restauracji i miał być głową tego miejsca lecz widocznie w tym miejscu ta formuła nie poszła bo szefem kuchni został niebawem ktoś inny a włocha postawili na środku sali jako showmena  gotujac makaron  w trybie live cooking.   Jeśli dalej mówić o znanych restauracjach hotelowych na Podhalu to nie można zapomnieć o Sylwestrze Lisie , fusionalisty podhala. To on odważył się zrobić kwaśnice ma wywarze z  raków czy maczać bryndze w occie balsamicznym. Jest na pewno najbardziej rozpoznawalną twarzą na podhalu szkoda tylko  że mimo wielu starań  marketingowych Hotelu Bukoviny i również samego Szefa,  restauracja hotelowa Morskie Oko nie cieszy się tak dużym zainteresowaniem wsród tubylców i turystów jak by się spodziewano.

No jest troche tych hoteli i w sumie można by wymienić  jeszcze Belvedere za czasów Lelka  , który to ów człek miał prestiż   gotować dla samego prezydenta Kwaśniewskiego. Zal mi teraz że otworzył firme cateringową która gotuje dla mas.

DSC_0543

Wyżej wymienione restauracjie to chyba te najbardziej popularne na Podtarzu ale jest jeszcze warta uwagi  o której się zawsze mało  mówiło, mowa oczywiście o restauracji Hotelu Crocus. Kiedyś gotował tu młody i zdolny Sebastian Krauzowicz który nie wiedzieć czemu wyjechał do Torunia otwierając autorską Sfere w Hotelu Copernicus. Trochę szkoda mi było że opuścił nasze Zakopane, bo wiele dobrego się o nim mówiło lecz serce widocznie nie sługa a pierniki pewnie lepsze  od naszych oscypków.  Po odejsciu Krauzowicza szczerze byłem przekonany że Crocus straci na jakości lecz  tu jednak miła niespodzianka, nie dość że się nie popsuło to się jeszcze polepszyło.

To wszystko za sprawą Daniela Bzdyka o którym nie wiele wiem, lecz w sumie wystarcza mi tylko tyle że gotuje naprawdę bardzo dobrze. Miałem okazje jesć w Crocusie jakiś czas temu i naprawdę wszystko bardzo mi smakowało. Dużo tutaj lokalnego produktu i szczerze w Crocusie jadłem najlepszą jagnięcine forever.

Wystrój  restauracji bardzo przyjemny, elegancki i bez tych zdędnych regionalnych elementów. Jedynie co tutaj przypomina że jesteśmy w górach to widok z restauracji na lasy  Chałubiśkiego  no i te przepiękne obrazy na scianie przedstawiające oczywiście krokusy. Sala choć duża i przestronna jest naprawdę bardzo nastrojowa i co najwazniejsze nie ma  tego co np. w Bukowinie, czyli  wrażenia jak by się było na hali sportowej. Kelner niestety  był  tylko jeden co również pełnił funkcje  barmana przy lobby bar ( zdecydowanie za mało !!!! ), bardzo życzliwy i profesjonalny odrazu powitał jak trzeba i wskazał nam stolik . Jeśli przejsć do tego co najwazniejsze, czyli do jedzenia ,to menu w  Crocusie mamy naprawde bardzo bogate. Znajdziemy wiele dań kuchni międzynarodowej lecz nie brakuje również tego co polskie a również i tego co góraskie. Dla przykładu zjemy tutaj bardzo dobrego oscypka z żurawiną, tradycyjna goloneczkę czy wspomnianą wyżej przepyszną jagnięcine.

Dania wychodzą w miare szybko jak na polskie standardy i co najważniejsze ciepłe co w hotelach uwierzcie mi że jest dużym problemem. Niestety stoliki sprzydałyby się troche większe bo cięzko cokolwiek pomiescić na 60 cm stoliczku gdzie jeszcze trzeba zrobić miejsce na cooler, kieliszki no i te olbrzymie talerze z pięknej porcelany.Troche żle mają rozwiązane również sprawę połaczenia kuchnia – sala, bo kelner za każdym razem jak zanosił i odnosił nam talerze musiał pokonać dość wąskie  drzwi które musiał otwierać łokciem, no ale i tak dość sprawnie mu poszło.

Co do jedzenia skusiliśmy się na wiosenne smaki , bo jak to bywa w dobrych restauracjach menu zmienia się wraz z sezonowoscią produktu a akurat mieliśmy wiosne. Polecam chłodnika z botwinką z pysznym kozim serem , naprawdę duża dawka odswiezającego smaku. Dobra była również zwykła sałatka ala Cesar i pewnie to nie jest danie które jakoś wielce zachwyca ale jak byśmy mieli ochote tylko na sałatke to w Crocusie również i to dostaniemy smacznie. Oczywiście klu programu to dania główne i przede wszystkim po to warto się wybrać do tego miejsca. Jedliśmy bardzo dobrego pieczonego halibuta lecz nr 1 dla mnie w tym miejscu zostaly i tak kotleciki jagnięce. Miękkie, ugotowane na różowo no i przede wszystkim bardzo aromatyczne. Często się zdarza że mieso z jagnieciny jest płaskie czyli bez smaku. Tutaj widać że jagniecina została dobrze doprawiona i przygotowana tak żeby nie utraciła swych cennych  soków. Na koniec karta z deserami była bardzo obiecująca lecz niestety miejsca nie starczyło i zdecydowaliśmy sie jedynie na pyszne robione na miejscu sorbety owocowe i warzywne.

Podsumując było pysznie i przyjemne. Ceny nie są wygórowane jak w innych hotelach zakopianskich a mało kiedy w ogóle w Zakopanym jadłem tak dobrze. Crocus niewątpliwie oznaczam na mojej mapie kulinarnej Pohala i polecam każdemu poszukującym smakowitych doznań pod Giewontem. 😉

DSC_0548

 

 

IMG_20150415_212742

Niedawno  wykorzystując wolny czas (bo przecież juz jesteśmy po sezonie) , postanowiłem wybrać się na mini urlop nad polskie morze. Teraz może niema rajskiej pogody lecz nie na tym mi zalezało ,lecz bardziej na spokoju i relaksie.

Oczywista sprawa musiałem też sprawdzić jak sie  ma tam sprawa kulinarnie i dlatego pierwszą rzeczą jaką zrobilem podczas pakowania walizki ,bylo upewnienie się że mam przy sobie przewodnik kulinarny Gault e Millau.

No i tak mając to co najważniejsze do podróży, wyruszyłem wraz z moją Mary wzdłuż Polski żeby dojechać do Gdyni gdzie w malowniczej i spokojnej dzielnicy Orłowo mieliśmy zarezerwowany hotel.

Tego samego dnia odrazu po przyjeżdzie ( koło godziny 19- jechaliśmy 9 godzin z Zakopanego- srednia predkość 85 km/h )  uderzyliśmy odrazu nad piękne molo w Gdyni które  jest niezwykle malownicze a wieczorkiem oczywiście ruszyliśmy  do mega sławnej Sztuczki ( 14,5 pkt G&Millau szef kuchni Rafał Wałęsa ) która mieściła się niedaleko  centrum miasta .

Dokładnie lokal miesci się na głównej arterii łączącej Gdynie, Sopot i Gdańsk i z drogi jest niewidoczny lecz Gps nakierował nas tam gdzie trzeba bylo i po zaparkowaniu samochodu juz bylismy kilka minut od restauracji.

Pierwsze wrażenie :Restauracja malutka, chyba z 8 stolików dość ciasno ale klimatycznie. Zaranżowane bardzo gustownie i minimalistycznie czyli tak jak lubie. Karta dań dość krótka lecz bardzo dobrze zbudowana, więc każdy na pewno znajdzie coś dla siebie. Ciekawie prezentuje się też karta win która ułożona jest szczepami co rzadko się zdarza . My wybraliśmy dwie przystawki i dwa danie główne ale szczerze gdyby nie fakt że jesteśmy zmęczenie po podróży i jeden jest kierowcą, bez wątpienia skusilibyśmy  się na menu degustacyjne wraz z dobranymi winami które było naprawde w super cenie.

DSC_0443Lokal bardzo wykwintny i to widać było po profesjonalnej obsłudze , klientach ( my byliśmy jedyni nie pod garniturem )no i oczywiscie daniach.Wszystie dania było widac że są bardzo dobrze przemyślone i pod względem estetycznym i smakowym. Szef Kuchni powiem szczerze że bardzo odważny bo mało znam takich miejsc że pozwalają sobie na takie pionierstwo smaków( szczerze to teraz przypomina mi się jedynie Tamka 43 ). Oczywiscie dania na wysokim poziomie lecz co do niektórych połączeń sie nie przekonałem , ale to nie mnie oceniać. Jadłem mus z koziego sera i był bardzo delikanty i serowy, szkoda tylko  że nie pachniał takim typowym  kozim zagrodowym ale z drugiej strony może lepiej tak, bo tak intensywny zapach mógłby postraszyć resztę eleganckich siędzących obok mnie gości ;-). Polędwica wołowa poraz pierwszy raz w Polsce udało mi sie otrzymać tak jak chciałem czyli prawie surową ( al Blue ) ,może się wydawać śmieszne lecz cięzko o takie rzeczy u nas w Polsce.Desery były bardzo ciekawe a najlepsza niespodzianka była na końcu , czyli rachunek .Za całośc czyli: dwie przystawki poprzedzone dwoma czekadełkami, póżniej dwa dania główne i dwa desery  ( aha i jeszcze butelka dobrego białego wina )zapłaciliśmy jedynie niecałe 300 zł. Nieżle co???;-) . Zwykle restauracja na takim poziomie bez 500 zł  nie podchodz, ale tu w Sztuczce miła niespodzianka.

Dalej zostając w Gdyni musieliśmy wpaśc koniecznie do Tłustej Kaczki ( 11,5 pkt G&Millau szef kuchni Tomasz Mrozik )  . Dużo o niej slyszeliśmy od naszych gości z Pomorza więc nawet nie czytając zółtego przewodnika byłby to obowiązkowy punkt do odwiedzenia. Dużo słyszelismy dobrego lecz niestety  i złego, bo wielu mówilo nam że teraz jest Ok ,ale swego czasy było po prostu super. Nie zastanawiajac sie wielce drugiego dnia wyruszyliśmy do Tłustej Kaczki sami sprawdzić sytuacje( miesci się po za centrum , koło pola golfowego ). No lokal robi duże wrażenie i z zewnątrz i wewnątrz . Mało kiedy zwracam uwagę na wystrój restauracji lecz tutaj jest po prostu bosko . Surowe drewno, kamień ciosany i dość duże oszklenie robią z Tłustej Kaczki mega przyjemną restauracje. Dużo tutaj światła padającego z pola golfowego obok i naprawdę bardzo przyjemnie  patrzy się na tą zieleń z wnętrza restauracji.

W Tłustej Kaczce oczywiście nie mogłem nie zamówić kaczki która okazała się wyborna. Była idealnie soczysta i też troche krwista ,czyli tak jak lubie. Dochodze do wniosku że na północy Polski wiedzą jak się powinno podawać mieso i wcale krew żle nie świadczy o daniu lecz odwrotnie. Pierś z Kaczki lekko podwędzana była bardzo dobra niestety ten cały warzywny dodatek dookoła mi nie smakował, ale co zrobić;-). Na przystawke zapomniałem dodać że jadłem pyszny Rostbeff na zimno z sałatką a fajną rzeczą  w tej restauracji jest zimny bufet z którego możemy skorzystać czekając na dania główne. Porcje w Tłustej są naprawde duże, więc przystawka i danie główne nie pozwoliły nam na desery z czego bardzo niestety pózniej  załowaliśmy . Podsumując Tłusta Kaczka to bardzo ciekawe miejsce i smaczne. Duży plus  zasługuje wystrój lokalu i ta pierś z kaczki która naprawde była pyszna.

Kolejnego dnia wybraliśmy się na Tour po Gdańsku. Zwiedziliśmy go dość konkretnie bo chodziliśmy po wszystkich uliczkach no i naprawde było super. Oczywiście od tego chodzenia odrazu zgłodnieliśmy, wiec to znów otworzylismy nasz ulubiony przewodnik Gault e Millau i zaczeliśmy czytać. W przewodniku zaintrygowały nas 3 pozycje : Targ Rybny, Fellini i  Mercato. Zdecydowaliśmy się na Targ Rybny ( 11 pkt G&Millau szef kuchni Sławomir Hahn ) bo mieliśmy ochote na ryby a nazwa restauracji dobrze prosperowala.  W sumie to był trafiony wybór i od razu powiem że to mój numer jeden z całego wyjazdu .A dlaczego?

Hmmm… Powiem tak . Tłusta Kaczka, Sztuczka , czy Grono di Rucola ( o której napisze za chwile )były to miejsca gdzie zjadłem naprawdę smacznie, w bardzo dobrej atmosferze lecz żadne ich danie nie powaliło mnie na kolana tak jak Dorsz w Targu Rybnym. A co to znaczy ? To znaczy że to danie tak mi smakowało że zapamietam je do końca życia. Będzie mi się śniło po nocach , za każdym razem jak zobacze Bałtyk a szczególnie za każdym razem jak zobacze rybę. Jak dostane innego dorsza w innej restauracji który jest dobry lecz nie aż tak( jak w Targu Rybnym )to przypomne sobie zawsze tego dorsza z Targu Rybnego ( niestety ) i po prostu stwierdzę że ten co dostałem teraz jest po prostu do kitu.

No ja już tak  mam i jedno danie zaważyło w sumie nad wszystkim ( począwszy od obsługi, po cenę)  Tak naprawde tylko ten dorsz w Targu był genialny , bo ich wersja Bouillabaise (zupa rybna z której słyną) była zwyczajna ( jak wszędzie indziej ). Dużo ryb , ciepła bagietka  lecz jeszcze trochę za mało smaku tego morza ( może nie odparowali całość wystarczająco długo ).

Podsumując Targ Rybny ,tego dnia  wróciłem do hotelu super szczęsliwy i w sumie nie tym że zwiedziłem cały Gdańsk  od podszewki ( naprawde piękne miasto ), lecz tym że zjadłem tego przepysznego dorsza,

Ostatni dzień uderzyliśmy do Sopotu. Chyba najbardziej spokojne miasto z Trójki i na pewno najbardziej opętane  włoską pseudo kuchnią. Restauracji pseudo włoskich nie idzie zliczyć na palcach dwóch dłoni a nie mówie już o włoskich sklepach z odzieżą i kawiarniach.  No po prostu taka mała Italia 😉. Gault e Milllau poprowadził nas jednak z dala od centrum a dokładnie w okolicy stadionu. Tam mieści się Grono Di Rucola  ( 11,5 pkt G&Millau szef kuchni Marcin Kowalski ). Restauracja ulokowana jest  w chacie drewnianej naprzeciwko stadionu z naprawdę ciekawym wnętrzem. Dużo tu zielonego i na zewnątrz a szczególnie  w środku w postaci ziół zasadzonych w drewnianych skrzynkach po winie. Lokal można powiedzieć że w  odróżnieniu od 3 wczesniej wymienionych restauracji charakteryzuje sie bardzo lużną atmosferą. Kelner bardzo kontaktowy odrazu polecił nam to co jego zdaniem jest najlepsze i  chodz zmieniali menu nie dawno to i tak udało mi się dostać słynną kaczke z jabłakami która tu jest tradycją. ( miałem szczescie bo akurat mieli w sobote impreze i kucharze zrobili kaczke na specjalne zamówienie )Ja przed kaczką zamówiłem  proste jajko na pieczonych ziemniakach i niby to proste danie lecz mało kto w restauracji zrobi go smacznie. Moja przystawka był naprawde dobra i rzeczywiście jak podkreslał kelner smakowała tak jak babcine danie. Po przystawce nadszedł czas na kaczkę która była Super. Miekkie mięso rozpływało sie w ustach lecz najlepszy był sos jabłkowy ze świeżo smażonymi jabłkami które w połączeniu z kaczką były mega dobre. Danie było bardzo dobre , jeżeli się czepiać to tylko samej kaczki, która konsystencją była bardzo dobra lecz może brakowało tego akcentu jabłkowego w samym mięsie ( może dobrym pomysłem byłoby by ją  zostawić w tym sosie jedna noc do zamarynowania 😉 )Na deser skusiliśmy się na tarte czekoladową która idealnie swoją gorzkoscią wytrąciła nam smaki z poprzednich dań głównych. Podsumując bardzo fajna restauracja i co załważylem właściciele mają również inne restauracje w Trójmieście więc warto popróbowac, skoro w jednej tak dobrze karmią 😉

Na koniec nie ma co tu dużo się rozpisywać , bo  w sumie to chyba jeden z moich najdłuzszych wpisów na blogu    ( 1443 słów ;-)). Wyjazd nad polskie morze uważam za udany. Pozdwiedzałem ( co na pewno jeszcze coś napisze ), po odpoczywałem i co najważniejsze dzięki Gault e Millau również dobrze zjadłem. Gdyby nie przewodnik pewnie trafiłbym tylko do Sztuczki i Tłustej Kaczki a dzieki niemu odkryłem również dwie inne perełki z czego w jednej Dorsza zapamiętam na wieki. Do nast Chef

DSC_0478